ROZWAŻANIE NA BOŻE NARODZENIE

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, te najpiękniejsze w polskiej tradycji. Od dziecka kojarzą nam się z zapachem choinki, potraw wigilijnych, z opłatkiem, rodzinnym ciepłem, prezentami. W niektórych domach przestrzega się jeszcze tradycji nakazującej pozostawić jedno wolne miejsce dla samotnego przybysza, położyć sianko pod obrusem, rozpocząć kolację wigilijną wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy.

Jesteśmy dumni z naszych tradycji i uważamy je za rzecz prawie świętą. Tradycje są naturalną ludzką reakcją, są oprawą ważnych wydarzeń celebrowanych w naszym życiu, pomagają odróżnić te szczególne dni od dni zwyczajnych, tworzą atmosferę. Potrzebujemy ich, potrzebują ich nasze dzieci.

Ale czy czasami tradycje nie przesłaniają nam prawdziwego znaczenia świąt? Czy w gorączkowych przygotowaniach do obchodów święta Jubilata nie zapominamy o samym Jubilacie? A przecież Boże Narodzenie to jak sama nazwa wskazuje urodziny Boga. Czy nie jest to niezwykła prawda? Bóg przecież jest wieczny – jak może się urodzić? Bóg jest potężny, wszechmocny – jak może chcieć stać się tak bezbronny, zależny od ludzi?

Bardzo dobrze ujął te paradoksy autor kolędy „Bóg się rodzi”:

Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony.
Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami,
a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

Jest tu ujętych wiele biblijnych prawd. Przede wszystkim – narodziny Boga: myślimy o Jezusie w żłóbku jako o dzieciątku, malutkim, bezbronnym, i wzrusza nas to. Pokazujemy dzieciom szopkę. I to prawda, jest tu niemowlę, ale jest coś więcej. Ewangelista Jan pisze w swojej Ewangelii (J 1,1-3):

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”.

„Słowo”, czyli z greckiego „Logos”, odnosi się do Jezusa, bo dalej czytamy, że „Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami”. Można więc sparafrazować: Na początku był Jezus, a Jezus był u Boga i Bogiem był Jezus. To bardzo ważny fragment o boskości Jezusa, a wiemy, że wielu ludzi na świecie uważa Go tylko za doskonałego człowieka, nauczyciela i wzór moralności. Natomiast interpretatorzy biblijni pokazują, że mamy tu prawdę o wiecznym istnieniu Jezusa, o Jego więzi z Ojcem i o Jego boskiej naturze. Możemy sobie przedstawić to jako Boga Ojca i Boga Syna zasiadających na tronie w niebie, którym anielskie zastępy składają nieustannie hołdy (tak przedstawiał to prorok Izajasz i później ewangelista Jan w Księdze Apokalipsy). Syn posiada królewską godność, wszelkie zaszczyty, najwyższą władzę i największą potegę. I pewnego dnia zostawia to wszystko, przebiera się w nędzne ubranie i rusza w świat, gdzie nikt nie wie o jego godności i jest traktowany jak każdy zwykły człowiek. Mówi o tym kolęda dalej:

Cóż masz niebo nad ziemiany? Bóg porzucił szczęście swoje.
Wszedł między lud ukochany dzieląc z nim trudy i znoje.

I znów autor porusza ważną biblijną prawdę, o której pisze apostoł Paweł w Liście do Filipian 2,6-8:

„On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej”.

Jezus żył w chwale, lecz zrezygnował z tego wszystkiego – ogołocił samego siebie, uniżył samego siebie. Narodzenie w ludzkiej postaci stało się początkiem tego uniżenia, a narodzenie wśród najuboższych – w ubogiej żydowskiej rodzinie, wśród pasterzy, ogólnie wówczas pogardzanych – stało się jednym z głębokich przejawów tego uniżenia. Mógł przecież narodzić się jako człowiek, ale w rodzie królewskim, gdzie od razu miałby autorytet i władzę. Ale On chciał pokazać ludziom, że chce dzielić z nimi największe trudy życiowe, bo wtedy będzie im bliski.

Co było motywacją takiego poświęcenia? W kolędzie śpiewamy: wszedł między lud ukochany. Bóg kocha ludzi, a jednocześnie widzi, że ich życie nie jest łatwe. Wpisane w nie są trudy i znoje, jak zauważa autor kolędy. Nie ma człowieka, który przez całe swoje życie byłby doskonale szczęśliwy. Zresztą samo obserwowanie tego, co dzieje się na świecie napawa smutkiem – wojny, głód, cierpienie niewinnych. A w końcu i tak każdego dosięga śmierć. A nie tak miało być. Gdy Bóg stworzył Adama i Ewę, umieścił ich w raju, mieli żyć w szczęściu i przyjaźni z Bogiem. Niestety, przez ich grzech ta przyjaźń została zerwana, a konsekwencje tego przeszły na wszystkie pozostałe pokolenia. Grzech skaził naszą naturę, sprawił, że nawet najbardziej się starając, nie będziemy nigdy doskonali moralnie. Bo doskonałość oznacza świętość równą świętości Bożej – świętość nie tylko w uczynkach, ale w myślach i intencjach.

Jako młoda dziewczyna bardzo chciałam podobać się Bogu i starałam się być dobra, ale szybko przekonałam się, jakie to trudne. Byłam bardzo zawiedziona, bo wszelkie moje dobre postanowienia, np. po spowiedzi, po jakimś czasie stawały się nieaktualne. Ta walka wewnętrzna była bardzo męcząca i czułam się wiecznie winna wobec Boga. Jak mógł mnie kochać i akceptować, jeśli ja wciąż w końcu zawodziłam Go? Grzech to nie tylko grzeszny uczynek. Grzech to złe, gniewne słowa, nieczyste myśli, intencje. Grzech to niewola – gdy człowiek chce dobrze czynić, a nie może. Grzech to jednak coś więcej – to wyrok śmierci za każdym razem, gdy grzeszymy – wyrok śmierci według sprawiedliwości Bożej. Apostoł Paweł pisze w swoim Liście do Rzymian: „wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni sa chwały Bożej” (3,23) oraz „zapłatą za grzech jest śmierć” (6,23). Prorocki tekst z Księgi Izajasza, zapowiadając narodziny Mesjasza, mówi: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” (Iz 9,1). Ludzie żyjący w niewoli grzechu żyją w ciemności, nie znają drogi do Boga, nawet jeśli pragną do Niego dojść. Sami nie są w stanie wyzwolić się z tej niewoli. Potrzebują pomocy, potrzebują światła.

Tym światłem stał się właśnie Jezus, o którym ewangelista Jan pisze jako o „światłości ludzi” (J 1,4), a potem w swej Ewangelii przytacza słowa samego Jezusa, który nazywa siebie „światłością świata” i mówi dalej, że „Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności lecz będzie miał światło życia” (J 8,12). W Biblii ciemność jest zazwyczaj symbolem grzechu, duchowej martwoty, zagubienia, braku bliskiej łączności z Bogiem, braku nadziei. Łatwo to zrozumieć. Nie jesteśmy stworzeni do życia w ciemności. Ja widzę to wyraźnie na codziennym doświadczeniu. Dla mnie ta pora roku jest najtrudniejsza do zniesienia właśnie ze względu na ciemność – ciemność jest rano, gdy się wstaje, ciemno jest już wczesnym popołudniem. Naukowcy nawet twierdzą, że brak dostatecznej ilości światła słonecznego jest szkodliwy dla człowieka. W Szwecji czy Estonii, gdzie dzień zimowy jest jeszcze krótszy niż u nas, jest to okres nasilonych depresji i zwiększonej liczby samobójstw, stąd ludziom zaleca się naświetlanie specjalnymi lampami, dającymi namiastkę światła słonecznego. Ciemność fizyczna jest na dłuższą metę szkodliwa dla naszego funkcjonowania, a co dopiero ciemność duchowa – wiodąca do śmierci wiecznej, wiecznego oddzielenia od Boga, który nas kocha.

Ale własnie dlatego, że nas kocha, daje nam światło – Jezusa – który jest największym Bożym darem. Ważną częścią świąt Bożego narodzenia jest dawanie prezentów. Moja córka nie może się ich doczekać. Dajemy prezenty naszym dzieciom, naszym bliskim, czasem nawet przyjaciołom. A czy dajemy prezent głównemu Jubilatowi? Chyba raczej nie myślimy z takiego punktu widzenia. Zresztą – co moglibyśmy Mu dać? Paradoksalnie, to On przynosi nam wtedy prezent, największy, jaki człowiek może otrzymać, i tylko On może go dać. Poprzez swoje wcielenie, podczas którego realizuje się Jego późniejsza śmierć i zmartwychwstanie, On ofiaruje nam dar życia wiecznego. Boże narodzenie mówi o narodzinach Boga w ludzkiej postaci, który najpierw jest dzieckiem, ale dorasta, by wypełnić swą misję - musi umrzeć, bo podczas ukrzyżowania przyjmuje na siebie grzechy świata, a „zapłatą za grzech jest śmierć”. On płaci za nasze grzechy, abyśmy my nie musieli za nie płacić, abyśmy byli zwolnieni z kary. To jest Jego dar dla nas.

Kiedy dajemy prezenty naszym dzieciom na Boże Narodzenie, czy mogą nam one czymś odpłacić? Najwyżej wdzięcznością i buziakiem, a pozostaje im tylko wziąć prezenty i cieszyć się nimi. Bóg ofiaruje nam dar w Jezusie Chrystusie – dar zbawienia od grzechu i dar życia wiecznego. Ktoś może zapytać: co muszę zrobić, aby na niego zasłużyć? Odpowiem pytaniem: a co mogą zrobić nasze dzieci, aby zasłużyć na swoje prezenty Bożonarodzeniowe? Nic! Po prostu muszą je przyjąć i cieszyć się nimi. My więc tak samo jak te dzieci musimy przyjąć Boży dar w Jezusie. To przyjęcie jest naszą jedyną „odpłatą”. Jezus powiedział: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego” (Mt 18,3). Dzieci podchodzą do wszystkiego prosto i z ufnością. Jeśli coś dostają, to chętnie to przyjmują i cieszą się, nie myśląc, jak dorośli, że muszą się zrewanżować. Mamy przyjąć więc Boży dar z taką prostotą i ufnością. Ewangelista Jan kontynuuje swe rozważania o wcielonym Słowie, również zapraszając do przyjęcia tego Bożego daru: „Wszystkim tym jednak, którzy Je [Słowo, czyli Jezusa] przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (1,12). Żyjąc w niewoli grzechu człowiek jest obcy dla Boga, gdy jednak przyjmie dar zbawienia od Jezusa Chrystusa, staje się pełnoprawnym członkiem Bożej rodziny – Jezus daje mu do tego moc, bo sam nie mógłby tego uczynić. Czytamy też dalej, że to „przyjęcie Słowa” jest przedstawione jako wiara w jego imię, czyli wiara w imię Jezusa – w to, że jest Bogiem, że przyszedł na ziemię dla naszego zbawienia, dla mojego zbawienia.

Ja w swoich zmaganiach z własną niedoskonałością, czy mówiąc biblijnie, grzesznością, jako studentka doszłam do wniosku, że sobie nie poradzę. Nie wychodziło mi, a Bóg wydawał się odległy i wcale niezaintersowany moimi zmaganiami. Był taki moment, gdy byłam bardzo sfrustrowana i zaczęłam błagać Boga o pomoc. Odpowiedział na moją modlitwę – dał mi okazję wyjechać na obóz chrześcijański, gdzie usłyszałam proste i jasne wykłady na temat Bożej miłości, grzeszności człowieka i jego niemożności zadowolenia Boga o własnych siłach. Była też mowa o darze zbawienia w Jezusie Chrystusie, który mogłam przyjąć, tak jak pisze o tym ewangelista Jan.

W modlitwie powiedziałam Bogu o tym, że pragnę przyjąć ten dar od Jezusa, że chcę uczynić Go swoim osobistym Zbawicielem i Panem. Bo chociaż dobrze wiedziałam o śmierci Jezusa za grzechy ludzkości, nigdy nie odnosiłam tego do siebie bardziej osobiście. Była to prosta modlitwa, ale szczera w swoim pragnieniu podobania się Bogu. Bóg jej wysłuchał. Prawie natychmiast doświadczyłam głębokiego wewnętrznego pokoju, moje zmagania i watpliwości skończyły się. Bóg zmienił moją perspektywę na życie, zaczęła zmieniać się moja postawa w stosunku do ludzi. Minęło od tego czasu prawie 20 lat, Bóg prowadził mnie przez różne doświadczenia życiowe, niektóre wcale niełatwe, ale skoro już przyjęłam jego dar, to uczynił mnie swym dzieckiem na zawsze, i to się już nie zmieni. Mogę oczekiwać spełnienia Jego obietnicy życia wiecznego, a w życiu doczesnym szukać u Niego pomocy i mądrości w różnych sytuacjach.

Czy myślałaś o Bożym Narodzeniu jako o darze dla ciebie? Może warto się nad tym zastanowić. Kim jest dla ciebie Jezus – czy tylko bezbronnym dzieciątkiem w żłóbku, czy Bogiem, który przyjął ludzką postać dla naszego zbawienia? Czy osobiście przyjęłaś Jego dar zbawienia? Jeśli nie, to możesz to zrobić w każdej chwili, mówiąc Mu o tym w modlitwie. Mnie kiedyś zaproponowano prostą modlitwę w tym rodzaju: „Panie Jezu, potrzebuję Cię. Wiem, że jestem grzeszna i dziękuję Ci za to, że umarłeś na krzyżu, ponosząc karę za moje grzechy. Wierzę w Ciebie i przyjmuję Cię jako swego Zbawiciela i Pana. Dziękuję za przebaczenie moich grzechów i dar życia wiecznego. Proszę, kieruj moim życiem i zmieniaj mnie, abym stała się taką, jaką Ty chcesz mnie widzieć. Amen.”

Jeżeli przyjmiemy dar zbawienia do Jezusa, możemy być pewne, że On nas nigdy nie opuści i że mamy życie wieczne. Zostałyśmy przeniesione z królestwa grzechu – królestwa ciemnośc - do królestwa światłości i stałyśmy się dziećmi Bożymi, na zawsze należącymi do Bożej rodziny, które zawsze mogą wołać do Boga „Abba - Ojcze”.

Małgorzata Chałupnik