Rozterki matki - Anna

„Oto dzieci są darem Pana”

Grudzień 2004 roku

Kolejny mroźny, zimowy poranek. Wyłączam nieprzytomna budzik i staram się przezwyciężyć niechęć do wstawania. Wreszcie wstaję i cichutko przemykam się po mieszkaniu, starając się nie obudzić reszty rodziny, a zwłaszcza dzieci. Przygotowuję się do wyjścia do pracy, dla opiekunki spisuję najważniejsze informacje (co mają zjeść maluchy, na co ma zwrócić uwagę, jakie ćwiczenia rehabilitacyjne ma zrobić z Zosią). Mimo, iż jadąc do pracy autobusem mogę poczytać książkę lub gazetę, a pracę mam ciekawą i mogę się w niej realizować, to jednak gdzieś tam w głębi żal, że muszę wychodzić i zostawić dzieci. Przeczucie, że coś tracę bezpowrotnie, a przede wszystkim, że tracą one...

W pracy wiele zajęć, rozmów telefonicznych, ale myślę wciąż o dzieciach, czy zjadły, czy nie są chore, jaki mają humor, czy opiekunka zapewnia im dobrą zabawę. Będąc tyle godzin poza domem mam oczywiście sporo czasu dla siebie – oprócz codziennych zajęć dotyczących mojego stanowiska pracy, znajduję czas na krótką pogawędkę z koleżanką – najczęściej oczywiście rozmawiamy o dzieciach, mogę przerzucić aktualną gazetę. W domu byłoby to raczej niemożliwe – gdyż 4-letni Antoś i 2-letnia Zosia skutecznie angażują mnie w swoje zajęcia od rana do późnego wieczora.

Po pracy „lecę na skrzydłach” do domu, po przyjściu przytulam maluchy mocno do siebie i... tak już zostajemy właściwie do końca dnia – trudno mi „odkleić” od siebie spragnione mojej obecności dzieci. Staram się jak najlepiej wykorzystać ten czas, który spędzamy razem, ale wiem i widzę, że nie jestem w stanie „nadrobić” całego dnia.

Późnym wieczorem, leżąc już w łóżku rozmyślam o tym, jakby to było, gdybym mogła nie pracować i wychowywać moje maluszki sama – bez pomocy opiekunki. Błogie myśli rozpędza szybko strach o spłatę kredytów, utrzymanie miejsca pracy. Choć ta myśl, żeby być w domu z dziećmi szybko znowu powraca – marząc o tym zasypiam...

Styczeń 2005 roku

Wychodzę z Zosią od pani neurolog – moja córeczka od urodzenia ma kłopoty z napięciem mięśniowym, prawidłowym rozwojem fizycznym, silną alergią „prawie na wszystko” i totalnym brakiem odporności – a w uszach wciąż jeszcze mi brzmią słowa „pani obecność jest bardzo potrzebna Zosi, już teraz to widać, że jej rozwój praktycznie zatrzymał się, to co może pani teraz zrobić, to poświęcać jej jak najwięcej czasu i szukać pomocy u psychologa, terapeuty.” Mój mąż Bartek wraz z dziećmi odwożą mnie do pracy – w czasie drogi myślę cały czas o tym, co powiedziała neurolog. W pracy nie mogę skupić się na niczym. W końcu dzwonię do Bartka i po krótkiej rozmowie podejmujemy decyzję, że wracam do domu na urlop wychowawczy. Mąż mnie tylko na koniec pyta, czy jestem pewna tej decyzji, czy zdaję sobie sprawę, że po urlopie mogę nie mieć, gdzie wrócić. Ja odpowiadam, że już dawno nie byłam niczego tak pewna. Tego samego dnia umawiam się na rozmowę z szefową, a ta widząc mnie tak zdenerwowaną, pyta, czy nie jestem znowu w ciąży... Tłumaczę jej wszystko, ostatecznie przyjmuje moją decyzję ze zrozumieniem, choć widzę, że to chyba dla niej kolejny kłopot...

W domu ogarniają mnie wątpliwości i strach – jak my damy radę tylko z pensji Bartka? Te kredyty, wszystkie opłaty, koszty rehabilitacji i terapii dla Zosi? Czuję jednak wewnętrznie, że ta decyzja jest właściwa – czuję uspokojenie i zapewnienie – „wszystko będzie dobrze, nie musisz się niepokoić, realizujesz swoje zadanie i masz moje bezpieczne ramiona”.

Wieczorem czytając Biblię natrafiam na fragment, który mnie uspokaja i jednocześnie utwierdza w mojej decyzji: „Miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą.” (1 List Jana 3:18).

Czerwiec 2005 roku

Jestem w domu już parę miesięcy. Nie powiem, że jest łatwo i że mam zbyt wiele czasu dla siebie... Jednak jestem szczęśliwa i moje dzieci też. Rozkoszuję się tym czasem – czasem niesamowitej bliskości z moimi dziećmi, wspólnymi porankami, śniadaniami jedzonymi bez pośpiechu, spacerami, szalonymi zabawami. Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie trwać wiecznie – że przyjdzie taki moment, że dzieci pójdą do szkoły, a ja będę musiała wrócić do pracy i czas spędzany razem z nimi nie będzie już taki sam.

Zosia jest pod opieką psychologa, logopedy i innych specjalistów. Powoli zaczyna robić postępy w swoim rozwoju, a przede wszystkim zaczyna się interesować bardziej otoczeniem, zabawkami, staje się ufniejsza wobec innych i bardziej pogodna. Widzę, że moja obecność w domu zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa, którego wcześniej tak bardzo jej brakowało. Dzięki temu może aktywnie eksplorować otaczający ją świat. Antek, mimo iż niestety nie może jeszcze chodzić do przedszkola (ze względu na niebezpieczeństwo „przynoszenia do domu” chorób zakaźnych – bardzo groźnych dla Zosi), również wydaje się być bardziej szczęśliwy, pewniejszy siebie. Organizacja dnia dla Zosi, która wymaga systematycznych ćwiczeń i specjalnych zabaw edukacyjnych oraz dla Antosia, dla którego staję się „mamą-przedszkolanką” jest dla mnie trudnym wyzwaniem, aczkolwiek efekty, jakie przynosi, dają mi dużo satysfakcji.

Pan bardzo nam błogosławi i jednocześnie zgodnie z obietnicą zapewnia nam niezbędne środki finansowe – mój mąż cały czas ma dobrą pracę, ja mam możliwość zarobienia dodatkowych pieniążków. Doświadczamy również ogromnego wsparcia zarówno duchowego jak i finansowego ze strony całej naszej rodziny Po raz kolejny uświadamiam sobie prawdziwość Bożego słowa: „Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane.” (Ew. Mat. 6:33) Głęboko wierzę, że realizuję obecnie zadanie, jakie wyznaczył mi Pan – jestem w domu z dziećmi, staram się wpoić im zasady życia chrześcijańskiego a przede wszystkim pokazać, jak kocha Bóg. Czuję Jego wsparcie, w tym co robię, choć oczywiście mam chwile poczucia ogromnego zmęczenia i braku cierpliwości. Kiedy wątpię w skuteczność leczenia Zosi, włączam komputer i odszukuję plik o nazwie „postępy Zosi”. Lektura skrupulatnie spisanych, miesiąc po miesiącu, wszystkich zmian w jej zachowaniu, nowych osiągnięć przywracają mi wiarę w celowość tego wszystkiego, co robimy i pozwalają dostrzec, jak pięknym stworzeniem Bożym jest moja córeczka...

Maj 2006 roku

Przez resztki snu dobiega mnie delikatny odgłos bosych piętek stukających po podłodze. Za chwilkę już w pełni świadomie czuję dotyk włosków na moich policzkach. Otwieram oczy – przy sobie widzę Zosieńkę, która ze słodkim uśmiechem pokazuje mi spodenki, które wybrała na dzisiejszy dzień. Jeszcze chwilka w ciepłej pościeli i zaczynamy kolejny dzień. Po śniadaniu, które poprzedza krótka lektura Pisma i modlitwa, wychodzimy do przedszkola. Długo i czule żegnamy się z Antosiem w szatni. Choć to już pięciolatek i „dorosły mężczyzna” jak sam o sobie mówi, to jednak nadal potrzebuje mojej bliskości i czułości a przede wszystkim uwagi. Kiedy widzę, jak mój synek świetnie czuje się w przedszkolu, jak cieszy go ta obecność rówieśników, możliwość przeżywania nowych przygód w kolejnym etapie jego życia – Antka przedszkolaka, czuję się bardzo szczęśliwa i wdzięczna za możliwość obserwacji zmian, jakie przebiegają w moim synku.

Być może za rok (jeżeli specjalistyczne badania wykażą właściwy stan immunoglobulin) będę mogła obserwować też ten sam błysk w oku Zosi. Na razie jednak czeka nas jeszcze dużo pracy – Zosia przechodzi terapię opartą na coraz bardziej popularnej metodzie integracji sensorycznej. Nasze mieszkanie przypomina trochę salę gimnastyczną – z sufitu zwisają haki, do których podwieszać można różnego rodzaju huśtawki. Odwiedzający nas znajomi „podziwiać” mogą inne przedmioty do ćwiczeń fizycznych i zastanawiać się jednocześnie, jak to wszystko mieści się w tak małym mieszkanku i jak wytrzymuję psychicznie w „natłoku” tych tak wielu, dodatkowych rzeczy (nie znajdujących się w przeciętnych domach).

Mimo, iż cały dzień mam wypełniony wieloma zajęciami, czasem uda mi się poczytać gazetę. Z przerażeniem obserwuję, jak niektóre media starają się przedstawiać macierzyństwo w bardzo negatywnym świetle. Publikują wypowiedzi wielu kobiet, dla których dziecko jest przede wszystkim przeszkodą w kontynuacji kariery zawodowej, w zdobywaniu coraz wyższego statusu majątkowego. Te kobiety albo w ogóle nie zamierzają decydować się na potomstwo, albo pojawienie się maleństwa traktują jako problem i „zamach” na ich niezależność i życie zgodnie z marzeniami. A przecież tak naprawdę macierzyństwo powinno być traktowane w sposób wyjątkowy – oto bowiem Bóg powierza nam jedną z istot ludzkich jako niezwykły „dar”, którym powinniśmy się opiekować w najlepszy sposób. Każde dziecko, nawet te wymagające większej uwagi, czasu i troski jest Bożym stworzeniem, jedynym i niepowtarzalnym – zaszczytem i wielkim szczęściem jest dla mnie przygotowywanie moich dzieci do dalszego życia i pomoc w poznawaniu Boga.

Ania Uszacka