Bo to nie świat się zmienił – to ja się zmieniłam.
Historia Anny

Pozwólcie rozpocząć od słów Pawła z Listu do Koryntian bo chciałabym żeby Bóg pokierował moimi słowami z pożytkiem dla nas wszystkich:

„Tak też i ja, przyszedłszy do was bracia, nie przybyłem aby błyszczeć słowem i mądrością, ale głosić świadectwo Boże.”

To, że tu jestem, zawdzięczam Bogu i mówię to z głębokim i pełnym przekonaniem i radością. Mam skończone 50 lat i wiem teraz, że lepsza polowa mojego życie jest …dopiero przede mną.

Tę pierwszą połowę - moje dzieciństwo, okres młodzieńczy oraz dwudziestopięcioletnie małżeństwo - najchętniej pominęłabym milczeniem, ale nie zrobię tego, bo wiem że wszystko co zdarzyło się w moim życiu było ważne, bo ukształtowało mnie taką jaka jestem. Dziś z takiej Ani jestem dumna.

Pokazałabym wam swoje zdjęcia sprzed dziesięciu lat i nie uwierzyłybyście że to ja, ta sama osoba, która tu stoi przed wami. I mogę przyrzec, że nie za sprawą liftingów wyglądam dziś i żyję tysiąc razy lepiej. Moja przemiana jest tak widoczna, że kiedy spotykam dawnych znajomych to mój widok ich zadziwia. Dziesięć lat temu stałaby tu nieszczęśliwa kobieta, która mówiłaby tylko krzywdach jakich doznała od ludzi których obdarowała miłością. Wylałybyście ze mną potoki łez i wróciłabym do domu w aureoli większego żalu nad sobą. Na szczęście dziś już nie jestem Ofiarą. Potrafię i lubię się śmaić Zdecydowałam się opowiedzieć swoją historię, nie po to żeby użalać się nad sobą, tylko aby pokazać jak Bóg potrafi zmienić życie człowieka. Z pełnego rozpaczy i smutku - w radość.

Wychowywałam się w domu wojskowym w którym nie było miejsca na tak zwane„ religijne zabobony”. Był opłatek, biały obrus 12 potraw ale tradycje były kultywowane w oderwaniu od istoty wiary. Moja komunia odbyła się tak, że nie bardzo wiedziałam o co chodzi. O Bogu, wtedy wiedziałam że gdzieś jest i należy się Go bać.

Przez całe lata jedynym moim pragnieniem było żeby pijane powroty ojca nie wyrywał mnie ze snu, żebym nie musiała wstydzić się awantur i drżeć bezustannie ze strachu. W domu pełnym przemocy bezradnie uczyłam się przeciwstawiać złu i bronić siebie i innych. Byłam grzeczną dziewczynką, która za wszelką cenę usiłowała zasłużyć na względy rodziców, ale od początku wyrastałam w przekonaniu, że moje starania są nic nie warte. Po śmierci ojca niewiele się zmieniło. Wyuczoną w dzieciństwie postawę uległości przeniosłam na małżeństwo z… alkoholikiem. Nieudolnie starałam się zasłużyć na aprobatę pijącego męża, dla którego niestety, nigdy nie stałam się ważniejsza od butelki. Szybko uwikłałam się i ugrzęzłam na dobre w zależności jakimi mnie osaczył. Tak trwałam.

Alkoholizm i przemoc mojego ojca a potem męża, to nie było nagłe tsunami które niespodziewanie zmiotło moje marzenia. Moje marzenia w ogóle nie miały szansy nigdy wykiełkować, bo codziennie były zalewane strumieniem wyrywającym wszystko z korzeniami. To było jak paraliż. Nie można wydostać się z takiego szklanego świata. To jest choroba która zabija wolę i wszelką nadzieję.

Bezustannie liczyłam na ratunek, ciągle wyglądałam wybawcy który sprawi że wszystkie problemy znikną. Miałaby to być ktoś starszy … nauczyciel… sąsiedzi… lekarze… policja… sądy. Byłam gotowa mierzyć się z demonami, a w moim życiu było coraz więcej porażek. Choć pozornie stanowiłam dla świata przykład idealnej żony, matki i córki to moje życie było katastrofą. Nienawidziłam siebie proporcjonalnie do sposobu w jaki mnie traktowano. Jeszcze trochę, a żywiłabym się odpadkami uznając siebie za niegodną normalnego posiłku. Starałam się zaspokajać oczekiwania innych i budowałam piękną fasadę, która miała zasłonić cudze błędy. Cudze błędy ale mój wstyd. Dom, samochód, zagraniczna wycieczka nic nie mogło zastąpić poczucia bezpieczeństwa którego nie znałam. Ponad 40 lat walczyłam z ciemnością która gęstniała i tylko coraz mocniej zaciskałam powieki nie chcąc patrzeć ten okropny świat.

Zapytacie mnie dlaczego się wtedy nie modliłam? Ależ tak, tylko moje pobożne życzenia dotyczyły cudownych zmian u innych. Byłam wykształconą, aktywną zawodowo kobietą i szukałam rozwiązania w książkach, gabinetach psychologów i stawałam się coraz bardziej samotna i beznadziejnie zmęczona tą szarpaniną. Był rok 2002. Mamy rok 2009.

Jestem tu dzisiaj i powtórzę :

To że tu jestem zawdzięczam Bogu.

Mówią że jeśli nie możesz zwalczyć ciemności to wpuść światło. I stało się. Bóg swoją łaską na długie tygodnie wyciszył moje emocje gdy leżałam na szpitalnym łóżku bez błędnika, niezdolna do poruszenia się. W tej izolacji od świata, ze spokoju i ciszy narodziły się we mnie inne dźwięki. Wówczas w darze od Boga dostałam odwagę życia.

To był początek nowej drogi. Mozolnie ćwiczyłam koncentrację. Dosłownie, uczyłam się chodzić. Tak poszłam terapię dla współuzależnionych próbując jeszcze ratować swoje małżeństwo i męża.

Niepewnie zaczęłam odkrywać pociechę w swoim cierpieniu czytając psalmy przy których wylałam morze łez. Wtedy rozpoczął się mój proces uwalniania od poczucia winy i odpowiedzialności za innych.

Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną – obnażyło prawdę, że moi „bogowie” – ojciec potem mąż – zarządzali moim życiem wedle własnych zachcianek.

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego – uświadomiło mi, że traktowałam siebie jak najgorszego wroga.

A z listu do Rzymian dotarło do mnie: nie bierzcie wzoru z tego świata, ale przemieniajcie się przez odnawianie umysłu…

Na tej trudnej drodze zmian ciągle badałam grunt pod nogami i kombinowałam po swojemu. Wahałam się i cofałam, po to żeby znowu zrobić krok do przodu. Uzbrojona darowaną odwagą usiłowałam po swojemu, o własnych siłach, uporać się z przeciwnościami. Nie było mi łatwo. Traciłam siły.

Wtedy ścieżki zawiodły mnie na spotkania organizowane przez chrześcijan i tam dostałam dobre i precyzyjne mapy z nawigacji życia. Regularnie zaczęłam uczestniczyć w spotkaniach z innymi kobietami gdzie czytając Pismo Święte zastanawiałyśmy się w małej grupie jak stosować w życiu zawarte tam prawdy. Zaczynałam rozumieć, że mając wszystko potrzebne do pięknej podróży drepczę w miejscu, ciągle się szarpię, a moje zdrowie i nerwy były nadal w opłakanym stanie. Nie potrafiłam jednak podjąć decyzji.

Jeśli któraś z was uczyła się pływać to pamięta ten moment położenia się na wodzie, który wymaga wyluzowania całego ciała. Moje dochodzenie do zaufania Bogu można porównać z nauką pływania gdy boimy się wody.

Właśnie przygotowywałam się do położenia na wznak, kiedy nagle w trakcie tej lekcji wrzucono mnie na głęboką spienioną toń.

W jednej chwili, gdy czekałam z obiadem na powrót syna ze szkoły, świat się dla mnie zatrzymał. Trzeciego dnia strasznego niepokoju, kiedy z lęku nie mogłam już oddychać – wpuściłam światło Chrystusa i zwracając się do Niego oddałam Mu władzę nad moim życiem. Jemu zaufałam całkowicie i powierzyłam swojego syna Jego opiece. Od tej chwili poczułam wielką ulgę. Modliłam się bez przerwy przez dwanaście dni i Bóg sprawił, że w końcu wypłynęłam na spokojne wody. On przeprowadził mnie przez ten zamęt, a syn wrócił do domu.

Oddając Bogu stery swojego życia zyskałam poczucie bezpieczeństwa jakiego dotąd nie znałam. On dał mi mądrość żebym umiała podejmować właściwe decyzje, umocnił siły abym umiała skutecznie działać. Otoczył przyjaciółmi i postawił na mojej drodze ludzi, którzy mnie wsparli. W tej podróży z Bogiem uczę się i doskonalę w żegludze przez codzienne obcowanie ze Słowem Bożym. To moja szkoła nawigacji, która broni by emocje innych ludzi nie miotały mną tak jak to było kiedyś. Uwalnia od zaszłości otwiera przyszłość ale przede wszystkim pozwala realizować marzenia, które wykiełkowały, zakorzeniają się i rosną ogrzewane miłością Boga.

Zaczęłam pisać. Wygrałam konkurs literacki na reportaż Zwierciadła i Radia Jedynki, a w lutym tego roku po ośmiu latach procesu, po 32 rozprawach uzyskałam sądowy wyrok rozwodowy. Bóg, wyczekiwany przeze mnie Wybawca, użył trudnych sytuacji aby darować mi piękne wypełnione miłością i radością życie. Bo to nie świat się zmienił – to ja się zmieniłam. Ta radość jest we mnie i pozwala cieszyć się życiem. Pozwólcie, że na zakończenie przeczytam ze swojej ulubionej księgi Izajasza słowa, które mnie umacniają:

Nie lękaj się bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody Ja będę z tobą i gdy przez rzeki nie zatopię ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień nie spalisz się i nie strawi cie płomień Albowiem JA jestem Pan, twój Bóg twój Zbawca i drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję.

Iz 43,1-4

Anna