Czy można stać się inną osobą? - Ewa

Moje życie z Chrystusem

To, co widzicie, nie jest moją naturalną osobowością. Z natury jestem osobą nieśmiałą, zamkniętą, raczej nieokazującą uczuć, mało pewną siebie. Lubię sytuacje bezpieczne i stabilne, nie przepadam za zmianami ani nowościami, rzadko miewam „szalone” pomysły. Jestem dokładna, nawet drobiazgowa. Cenię doskonałość – u siebie i innych, niestety rzadko je widuję czy doświadczam. Bardzo potrzebuję akceptacji ze strony innych ludzi i ich bezinteresownej sympatii, by nie powiedzieć miłości. Próbuję na nie zasłużyć i zapracować.

Z takim mniej więcej wizerunkiem siebie wkroczyłam w dorosłe życie. Łatwo się domyślić, jak mogło wyglądać moje życie przy takich cechach i oczekiwaniach. Co krok to nieprzyjemne niespodzianki, zawiedzione nadzieje, wycofywanie się z planów, bo mogą się nie udać, aż w końcu poczucie, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie chce, chyba że ma w tym jakiś własny interes.

Na zewnątrz wszystko wyglądało w miarę dobrze, zapewne wiele osób zazdrościło mi tzw. sukcesów. Miałam przecież kochających rodziców i siostrę, dobrze się uczyłam, potem skończyłam wymarzone studia, wyszłam za mąż za swojego „księcia z bajki”, mieliśmy dwie udane córeczki, nie było w naszym życiu żadnych większych tragedii – czego można chcieć więcej? Więc skąd w głębi ten nieokreślony brak, może nawet pustka, poczucie, że to nie to, że musi być coś więcej…

Ktoś powiedziałby: może w tym życiu brakowało Boga? Ale ja przecież uważałam się za osobę wierzącą (i wszyscy inni też tak uważali). Bóg był w moim życiu ważny. Starałam się żyć tak, by wypełniać to, co nakazał (chociaż wielokrotnie mi się to nie udawało), nawet być gorliwą.

Teraz wiem, czego mi brakowało – osobistej więzi z Bogiem, uznania Chrystusa za mojego Zbawiciela i Pana, a nie tylko Zbawiciela świata w ogóle, zaufania Mu na sto procent, a nie na osiemdziesiąt. Zaufania we wszystkich sprawach, także zwykłych i przyziemnych, nawet drobnych; oraz chęci wypełniania Bożej woli we wszystkim (nie własnej woli). TO BYŁA DECYZJA, ŚWIADOMA DECYZJA WOLI. MOJA ODPOWIEDŹ „TAK” NA BOŻĄ MIŁOŚĆ DO MNIE. Miało to miejsce podczas rekolekcji adwentowych przed czternastu laty – w modlitwie powiedziałam Chrystusowi, że potrzebuję Go, potrzebuję Jego odkupienia i zbawienia. Uznałam, że nie mogę dojść do Boga o własnych siłach. Poprosiłam, by od tej pory On kierował moim życiem i przemieniał mnie w taką, jakiej mnie pragnie.

Ta decyzja zmieniła moje życie. Jako natychmiastowy skutek Bożego działania w moim życiu zauważyłam, że stałam się spokojniejsza, bardziej cierpliwa wobec męża i dzieci. Przestały mi ciążyć obowiązki domowe, chętniej je wykonywałam. Miałam więcej odwagi w pracy, na przykład wtedy, gdy coś się nie udało i trzeba było powiedzieć o tym kierowniczkom. Zaczęłam odczuwać silna potrzebę poznawania Boga poprzez czytanie Pisma Świętego.

Dziś mogę powiedzieć, że dzięki działaniu Ducha Świętego jestem zupełnie inną osobą. Choć, jak mówiłam, boję się zmian i nowości, udało się Bogu uczynić ze mnie osobę, która czuje się bezpieczna (w Jego ramionach), ma wewnętrzny pokój i radość i wie, dokąd zmierza. Znam też swoją wartość, którą On mi nadaje, i nie boję się, że ktoś może mnie odrzucić, nie zrozumieć, czy nie docenić. Wcześniej z powodu tego lęku trudno mi było nawiązywać kontakty z ludźmi, byłam raczej zamknięta i niedostępna. Teraz miłość Boga do mnie sprawia, że często wychodzę naprzeciw ludziom, bardziej zauważam ich potrzeby. Czasem nawet bywam odważna, jak teraz, kiedy mówię wam o swoim życiu. Wystąpienia publiczne, nawet przed małym gronem, podobnie jak egzaminy, dawniej były dla mnie niemal torturą.

Przestałam się zamartwiać o wszystko, także o przyszłość. Przestałam też wymagać od ludzi doskonałości dzięki temu, że Bóg kocha mnie taką, jaka jestem, mimo niedoskonałości i braków, jakie wciąż są we mnie, mimo tego że wielokrotnie zawodzę Boga i swoich bliskich. Przez wszystkie te lata nie opuszcza mnie poczucie Bożej obecności i opieki, mam pewność, iż Bóg nigdy ze mnie nie zrezygnuje i nadal będzie nade mną pracować, przemieniając na swój obraz.

To cudowne poczucie Bożej bliskości towarzyszyło mi w trudnych latach choroby mojej mamy. Miałam namacalny przykład Jego prowadzenia i opieki, przygotowania przez Niego do tego, co ma nastąpić i wzmocnienia mnie w wyniku tych doświadczeń. To jednak temat na oddzielne spotkanie.

Dziś chcę jeszcze opowiedzieć wam, jak Bóg pokierował mną w sferze zawodowej – bo tu Jego działanie jest bardzo wyraźne i w tej dziedzinie Bóg wyjątkowo podbudowuje moją pewność siebie. Właściwe mogłabym powiedzieć, że cała moja obecna praca zawodowa jest Jego dziełem.

Z wykształcenia jestem inżynierem chemikiem i to był mój wymarzony zawód, a praca, którą wykonywałam zaraz po studiach i potem po urlopie wychowawczym przynosiła mi wiele satysfakcji. W pewnym jednak momencie zadałam sobie pytanie, czemu ta praca służy – pracowałam wtedy w instytucie naukowo-badawczym ITE; prowadziłam badania nad osadzaniem cienkich warstw, które mogły być wykorzystane w produkcji laserów do celów wojskowych. Właśnie to był dylemat – wydawało mi się, że Bóg tego nie chce. Kiedy podzieliłam się wątpliwościami z koleżankami ze studium biblijnego, jedna z nich wpadła na pomysł, że może można by wykorzystać moją znajomość języka angielskiego i francuskiego. Na koniec spotkania modliłyśmy się o Bożą pomoc i mądrość w tej sprawie i pierwszy raz w życiu widziałam tak szybką Jego odpowiedź. Ledwo skończyłyśmy rozległ się dzwonek domofonu – był to nasz wspólny znajomy, który szukał osoby dobrze posługującej się językiem angielskim. I rzeczywiście zaczęłam u niego pracować, najpierw w fundacji, potem w wydawnictwie.

To jednak nie był koniec zmian zawodowych dla mnie. Bóg miał dla mnie coś jeszcze lepszego, o czym wtedy nie wiedziałam. Po kilku latach „dojrzałam” do decyzji o pracy na własny rachunek – jako tłumacz. Co do tej decyzji miałam pewność, że pochodzi od Boga: wymagała zbyt dużej odwagi, bym mogła zrobić to o własnych siłach. Nie miałam wykształcenia w tym kierunku. Rynek pracy tłumaczy był bardzo wypełniony. Gdzie mogłam tam znaleźć dla siebie miejsce? Początkowo sądziłam, że będą przeważać tłumaczenia techniczne i chemiczne, ale i to uległo z czasem zmianie. Teraz tłumaczę prawie wyłącznie książki chrześcijańskie, lecz w ciągu tych ośmiu lat widziałam, jak Bóg kierował wyborem tematyki, która była mi potrzebna i pomagał dojść do postanowienia, by tłumaczyć tylko to, co przynosi korzyść czytelnikom.

W ciągu lat pracy jako niezależny tłumacz dostaję czasem od Boga różne „prezenty”. Nazywam tak okazje czy możliwości, które spadają dosłownie „z nieba” bez mojego bezpośredniego udziału albo przy tak nikłym udziale, że nie mogę sobie przypisać za nie żadnej zasługi. Było tak na przykład wtedy, gdy po kilku latach stałej współpracy z jednym z wydawnictw, wpadło ono w poważne kłopoty finansowe i nagle straciłam główne źródło pracy i zarobku. Jako osoba mało jeszcze wtedy odważna rozesłałam (zamiast zadzwonić lub pojechać) po różnych wydawnictwach (wybranych z książki telefonicznej) swoją ofertę. Miałam już wtedy trochę dorobku jako tłumacz, ale odpowiedź przeszła wszelkie moje oczekiwania – w ciągu półtora tygodnia otrzymałam propozycję z trzech wydawnictw (na 8 czy 10 wysłanych listów) i od tego czasu rozpoczęło się na poważnie tłumaczenie książek o tematyce chrześcijańskiej.

W ubiegłym roku natomiast wydawnictwo, dla którego przed czterema laty tłumaczyłam krótkie opowiadania biblijne dla dzieci zaproponowało mi napisanie tekstów i wybranie fragmentów biblijnych do wyjątkowego albumu do Pierwszej Komunii Świętej.

Te prezenty trafiają mi się wtedy, gdy szczególnie potrzebuję jakiejś zachęty czy umocnienia. Świadczy to o tym, że Bóg naprawdę zna moje najgłębsze potrzeby, wie, jak je zaspokoić i robi to.

Praca zawodowa, w której mogę czuć się blisko Boga, a także lepiej Go poznawać (np. przy przekładzie różnych wersji Biblii dla dzieci czy komentarzy biblijnych), jest dla mnie jakby rekompensatą za niedobory w innych dziedzinach życia. To wyjątkowy przywilej i szczęście dla mnie, umacniający mnie w ufności i wierze.

Potrzebuję takiego umocnienia, bo mój dom jest podzielony. Mąż deklaruje się jako człowiek niewierzący, więc nie ma między nami wspólnoty duchowej, jaka mogłaby istnieć, gdybyśmy obydwoje kochali Boga. Wynika to, oczywiście z wyboru dokonanego przed laty, może nie w pełni świadomego konsekwencji, niemniej jednak skutki dotykają całej rodziny. Dzięki umocnieniu przez Chrystusa, m.in. w sferze osobistej i zawodowej, mam siłę trwać w nadziei. Nadziei na przyszłe życie mojego męża, na jego zbawienie. Bóg może i w tej sferze działać mimo mojej słabości. Oczywiście mogę się starać być jak najlepszą żoną i w ten sposób ukazywać mężowi miłość Chrystusa. Choć niestety często tu zawodzę, mogę jednak ufać Bogu, że wykorzysta nawet moje słabe starania.

Kiedy cztery lata temu opowiadałam o swoim życiu z Jezusem, nazwałam to „świadectwem zwykłego życia”. Sądziłam, że nie dzieją się w nim jakieś specjalne, wielkie wydarzenia, ale stała obecność Boga przynosi poczucie bezpieczeństwa i pewności. Teraz jednak uważam, że żadne życie nie jest zwyczajne, kiedy jest w nim Bóg. I dzisiaj to samo życie nazwałabym życiem szczęśliwym.