Moja historia

Kilka lat temu komuś, kto patrzył na mnie, mogło się wydawać, że jestem szczęśliwa, bo mam dobrego męża, zdrowe córki, pieniądze. Ale dla mnie wyglądało to inaczej.

Żyłam w ciągłym strachu, z pogłębiającym się poczuciem winy, a także z bardzo małym poczuciem własnej wartości. Uważałam, że nie zasługuję na to, co mam w życiu, na przykład na dobrego męża. Myślałam, że Bóg oczekuje, abym była dobra, i że za zło karze, a za dobro wynagradza. Starałam się z całych sił postępować dobrze, aby spełniać oczekiwania innych. W dzieciństwie byłam bardzo grzeczna, posłuszna, bo bałam się kary, chociaż rodzice nigdy nie straszyli mnie karą, ani nigdy mnie nie ukarali. Gdy dorosłam, starałam się tak postępować, aby inni dobrze o mnie myśleli, ale nie zawsze się to udawało.

Myślałam również, że drogą do Boga jest postępowanie według zasad. Starałam się tak żyć i wymagałam takiego postępowania od moich córek i męża. To powodowało, że byłam bardzo krytyczna w stosunku do siebie i do najbliższych. Ciągle byłam z nich niezadowolona, ciągle mi się coś nie podobało. Na każdym kroku osądzałam siebie, córki i męża, a to prowadziło do różnych kłótni. Nie umiałam spokojnie z nimi rozmawiać. Potępiałam siebie za to, żyłam w poczuciu winy i strachu przed Bożą karą. Byłam jednym kłębkiem nerwów. Chciałam się zmienić i bardzo się starałam, ale im bardziej się starałam, tym było gorzej.

Zaskoczyło mnie, kiedy moja siostra zaczęła opowiadać o tym, jak Bóg działa w jej życiu, że chodzi na spotkania kobiet, na których czytają i rozważają Pismo Święte. Myślałam, że trafiła do sekty, dlatego nie bardzo chciałam jej słuchać, nawet drażniło mnie to. Ale taka postawa nie zniechęciła mojej siostry, która jest bardzo cierpliwa i wytrwała.

Pewnego dnia przyjechała do mnie i zaprosiła na spotkanie do swojej znajomej. Pojechałam niezbyt chętnie i… byłam bardzo zaskoczona. Poznałam tam wspaniałych ludzi, a znajoma mojej siostry zaproponowała, abym przychodziła do niej do domu na spotkania biblijne. Tak zaczęła się moja przygoda z Bogiem.

Chodziłam na te spotkania, chociaż nieraz miałam takie myśli, że nie pójdę, bo co te kobiety o mnie myślą – przecież ja w ogóle nie znam Pisma Świętego. Ale nie poddawałam się i nadal chodziłam na spotkania, ponieważ panowała tam cudowna atmosfera. I wracałam do domu taka inna, uduchowiona.

Na spotkaniach czytałyśmy książkę Ney Bailey „Wiara nie jest uczuciem” i dzieliłyśmy się tym, czego Bóg nas uczy. Bardzo polecam tę książkę. Opowiada ona o tym, jak mieć więź z Bogiem i innymi ludźmi i jak odbudowywać te więzi. Bardzo mi się podobała pewna myśl z tej książki i dotarło do mnie, że wiara to „trzymanie Boga za słowo”. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie znam Słowa Bożego. Chociaż słyszałam je co niedzielę w kościele, to nie docierało do mnie i nie miało wpływu na moje codzienne życie. Postanowiłam czytać regularnie Biblię. Zaczęłam poznawać bliżej Boga.

W drugim rozdziale Listu do Efezjan (werset ósmy) przeczytałam: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił”. Zrozumiałam wtedy, że zbawienie jest darem od Pana Boga i poczułam, że ja chcę przyjąć ten dar – Jezusa Chrystusa. Zrozumiałam, że tylko przez wiarę w Jezusa Chrystusa mogę mieć zbawienie. Do tej pory próbowałam zbawić się sama, przez dobre uczynki i postępowanie. Polegałam na sobie, na swoich własnych siłach i nie mogłam sobie z tym poradzić, nie mogłam nic zmienić. A teraz zaufałam Bogu, podjęłam decyzję i w modlitwie zaprosiłam Jezusa Chrystusa do swojego życia jako Pana i Zbawiciela. Powierzyłam Mu swoje życie, wszystkie troski, problemy, lęki i wątpliwości. To był 2008 rok.

Po pewnym czasie zauważyłam, że inaczej patrzę na moje córki i męża, inaczej odnoszę się do nich. Nasze relacje bardzo się poprawiły. Zaczęliśmy więcej i spokojnie rozmawiać i tłumaczyć różne sprawy. Nie zawsze akceptuję ich decyzje i postępowanie, ale teraz umiem rozmawiać, przedstawiać argumenty. Już nie chcę na siłę sama ich zmieniać, ale chcę ich kochać i modlę się, aby to Bóg ich zmieniał.

Stałam się spokojniejsza, Jezus Chrystus uwolnił mnie od poczucia winy i od strachu przed karą. Przestałam się bać, ponieważ wiem, że to Jezus zapłacił za mnie swoją krwią, za każdy mój grzech zapłacił życiem, wybawił mnie od kary, której tak bardzo się bałam. Odzyskałam spokój, radość życia i poczucie własnej wartości, bo wierzę, że Bóg kocha mnie taką, jaka jestem, że jedyną drogą do Boga jest zaufanie i powierzenie swojego życia Jezusowi Chrystusowi. On odmienił moje życie.

Niedawno byli u nas znajomi, opowiadałam im, jak Bóg działa w moim życiu, a mój mąż powiedział, że bardzo się zmieniłam i jestem lepszą żoną. Odpowiedziałam, że to Jezus Chrystus mnie zmienił. Otworzył moje serce, oczy i uszy. Inaczej patrzę na świat, ludzi. Stałam się bardziej otwarta na innych. Kiedyś zazdrościłam ludziom, że mają swoje pasje, mojemu mężowi – że ma swoje samoloty, a teraz już przestałam zazdrościć, bo ja także odkryłam swoją pasję – coraz lepsze poznawanie Boga i życie z Nim.

Kiedyś nie miałam odwagi mówić o swoich relacjach i uczuciach. A dzisiaj dzielę się tym, jak Jezus Chrystus zmienił moje życie, i bardzo się cieszę, że mogę to robić.