Czy Bóg się zagapia?

Bardzo często, kiedy przytrafia się jakieś nieszczęście - choroba, wypadek, katastrofa, nagła śmierć kogoś bliskiego czy znanego (ważnego), słyszę następujące komentarze: Co, Bóg znowu się zagapił? A gdzie był Bóg, kiedy się to stało? Jak Bóg mógł do tego dopuścić? Czy Bóg w ogóle istnieje?

Co ciekawsze, te komentarze padają przeważnie z ust ludzi, którzy na co dzień nie chcą mieć nic z Panem Bogiem wspólnego. A już na pewno nie chcą, aby mieszał się w ich życie.

Osoby szczerze wierzące w Boga reagują zupełnie inaczej. One przeważnie zadają pytanie: Co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Czego Bóg chce nas nauczyć? Jak On całe to nieszczęście wykorzysta ku dobremu? Bo przecież Słowo Boże obiecuje, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują… (List do Rzymian 8:28a).

Przyznaję, ja też często zadaję takie pytanie. A na pewno zadałam je sobie w obliczu naszej ostatniej narodowej tragedii.

Jedna i druga reakcja jest chyba naturalna i przynajmniej tak stara jak wiara w Boga. Nic więc dziwnego, że w samej teologii (czyli nauce o Bogu) powstała potrzeba zajęcia się problemem - jak pogodzić istnienie dobrego, miłosiernego Boga z istnieniem zła. Ta gałąź teologii zwana teodyceą (termin ten pochodzi od greckiego Théos - Bóg i diké - słuszny, sprawiedliwy) dosłownie zajmuje się „usprawiedliwianiem Boga”. Czyli, jak wytłumaczyć to, że dopuszcza On do wojen, katastrof, chorób i wszelakich ludzkich nieszczęść.

Do najbardziej znanych należy teodycea świętego Augustyna, zgodnie z którą zło ma przyczynę w wolnej woli człowieka oraz teodycea G.W. Leibniza (to zresztą on stworzył ten termin), uzasadniającego, że mimo iż ten świat nie jest doskonały, jest jednak najlepszy z wszystkich możliwych.

Osobiście bardziej skłaniam się ku argumentacji Augustyna. Bo jakież mamy prawo osądzać Boga za wszelkie ludzkie tragedie? To przecież Kowalski zbyt mocno cisnął na gaz; to Nowak wsiadł po kielichu za kierownicę; to pilot popełnił błąd; to lekarz niewłaściwie postawił diagnozę lub za późno zareagował. To Pawlak i Kargul są gotowi wywołać kolejną wojnę o miedzę, tak jak inni o złoża ropy czy inne bogactwa, tudzież po prostu o władzę. To medycyna eksperymentuje z lekami, które sprawiają, że rodzą się kalekie dzieci. To wreszcie człowiek sukcesywnie i świadomie niszczy naszą planetę, stając się pośrednio sprawcą wielu katastrof przyrodniczych… I można by tu jeszcze wiele wymieniać. Skąd więc pretensje do Boga? Przyznaję, że nie rozumiem…

Ostatnio doznałam swego rodzaju olśnienia! A może raczej przypominałam sobie ‘oczywistą oczywistość’? Bóg dał nam wolną wolę, nie jesteśmy marionetkami w Jego ręku. On nas kocha i troszczy się o nas. Wierzę, że czuwa nad nami. Ale Jego rola nie polega na tym, aby zdjąć Kowalskiemu nogę z gazu czy odebrać kierownicę pijanemu Nowakowi. Słowo Boże mówi Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie (List do Galatów 6:7). Wszyscy ponosimy konsekwencje naszych złych wyborów czy niewłaściwego postępowania. Niestety, często się zdarza, że cierpią przy tym zupełnie przypadkowi ludzie.

Jezus odnosi się do tego typu sytuacji w Ew. Łukasza 13:1-5. W tym samym czasie przybyli do niego niektórzy z wiadomością o Galilejczykach, których krew Piłat pomieszał z ich ofiarami. I odpowiadając, rzekł do nich: Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż wszyscy inni Galilejczycy, że tak ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam, lecz jeżeli się nie upamiętacie, wszyscy podobnie poginiecie. Albo czy myślicie, że owych osiemnastu, na których upadła wieża przy Syloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż wszyscy ludzie zamieszkujący Jerozolimę? Bynajmniej, powiadam wam, lecz jeżeli się nie upamiętacie, wszyscy tak samo poginiecie.

Czytając tę ewangeliczną historię zrozumiałam, że Bóg nie zajmuje się tym, jaką śmiercią umrzemy - przecież każdy z nas musi kiedyś umrzeć. Umieramy fizycznie - ze starości, z powodu choroby, w wypadku, na wojnie... Bogu zależy na jednym, abyśmy nie umarli śmiercią duchową. W przytoczonym fragmencie, Jezus dwukrotnie wzywa do upamiętania. Dla Niego najważniejszy jest stan duchowy człowieka, który żegna się z tym światem. Dla tych, którzy są z Bogiem pojednani, prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam - po drugiej stronie. Będzie tam tak jak pisze ap. Jan w Ks. Objawienia 21:3-4: I usłyszałem donośny głos z tronu mówiący: Oto przybytek Boga między ludźmi! I będzie mieszkał z nimi, a oni będą ludem jego, a sam Bóg będzie z nimi. I otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie; albowiem pierwsze rzeczy przeminęły. Z przykrością informuję, że są tam też takie słowa: Udziałem zaś bojaźliwych i niewierzących, i skalanych, i zabójców, i wszeteczników, i czarowników, i bałwochwalców, i wszystkich kłamców będzie jezioro płonące ogniem i siarką. To jest śmierć druga (Ks. Obj. 21:8).

Nie ukrywam, że piszę to wszystko w kontekście katastrofy pod Smoleńskiem. W kontekście naszej narodowej żałoby i tragedii. I dlatego kończąc zacytuję słowa pewnej osoby (w chwili obecnej przebywa ona poza granicami kraju), która napisała w swoim mailu tak: W sobotę dotarła do nas informacja o tragicznej śmierci pasażerów prezydenckiego samolotu. Byliśmy wstrząśnięci tym, co się stało i wciąż trwamy w modlitwie o nasz kraj. Jednocześnie wiemy, że nawet w takich chwilach Bóg ma wszystko pod kontrolą. Skonfrontowani z kruchością ludzkiego życia znów musimy wyznać, że na całym świecie nie ma nic ważniejszego, niż uchwycić się Jezusa.

I tym chcę zakończyć, myśląc o tych, którzy żyją.

Post Scriptum

Kiedy pisałam tekst Czy Bóg się zagapia? nie przypuszczałam, że w odstępie kilku dni sama zostanę skonfrontowana z jego treścią. Dokładnie - wystawiona na test zostanie moja integralność. Czy rzeczywiście wierzę w to, co piszę? Czy żyję tak jak wierzę?  Życie samo dopisało post scriptum.

25 kwietnia 2010r.

Otóż, u mojego męża Pawła wystąpił udar krwotoczny mózgu. Nagle! Takie rzeczy zawsze przychodzą nagle. Tomografia komputerowa wykazała krwawienie podpajęczynówkowe, ale niestety, to i późniejsze badania diagnostyczne nie wykazały źródła krwawienia.

Lekarka, obsługująca nas na Izbie Przyjęć szpitala MSWiA przy ulicy Wołoskiej, zwróciła się do mnie i do naszego syna Michała słowami: „U Pana Jarosza najprawdopodobniej pękł tętniak. Rozumiecie, Państwo, że to jest poważna sprawa…”. Zwracała się do nas, bo Paweł już dawno ‘odpłynął’. Od kilku godzin byliśmy świadkami tego, jak jego stan pogarsza się z minuty na minutę. Zaczęło się od bardzo silnego bólu głowy i wymiotów; potem pojawiły się zaniki pamięci; w tym momencie kontakt był już bardzo utrudniony. Wciąż leżący na noszach, Paweł, pogrążony był w jakimś dziwnym półśnie, letargu. Pocieszający był jedynie fakt, że nie wystąpiły u niego żadne ślady porażenia (kończyn, twarzy). Zrozumieliśmy. Syn objął mnie ramieniem i powiedział: „Są rzeczy, na które nie jest się przygotowanym. I to jest właśnie ta rzecz…”  Ja też nie byłam. Ale trzymałam się dzielnie, starając się dodać otuchy Michałowi. Wbrew temu, co widziałam, miałam nadzieję. Ale też czułam, że jestem gotowa na przyjęcie każdej woli Bożej…

26 kwietnia 2010r. 

Drugi dzień pobytu Pawła w szpitalu - to czas odpoczynku po wielogodzinnym okresie bólu, dezorientacji, przerażenia. Wiele spał. Był monitorowany, otrzymywał kroplówki z lekami zmniejszającymi obrzęk i wspomagającymi wchłanianie rozległego krwiaka. Personel przygotowywał go do kolejnych badań diagnostycznych. W pewnym momencie lekarz prowadzący powiedział do mnie: „Ten Pan jest szczęściarzem. Zwykle, gdy naczynie tak rozlegle pęka, człowiek po prostu umiera”. No cóż, ja nie nazywam tego szczęściem, ale - upraszczając - Bożym palcem. Każdy z Was wie, co mam  na myśli.

To miłe, że w takich sytuacjach rodzinie pozwala się być przy chorym. Siedziałam sobie cichutko, modląc się. Wiedziałam też, że nie jestem sama. Cała rzesza Przyjaciół - Braci i Sióstr, wspaniałych ‘modlicieli’ wstawiała się do Boga za Pawłem. Byłam tego pewna, bo już odebrałam dziesiątki maili i SMS-ów, zapewniających mnie o nieustannych modlitwach. Paweł naprawdę był w dobrych rękach!

27 kwietnia 2010r. 

Kolejny dzień pobytu Pawła w szpitalu. Ma mieć arteriografię - lekarze próbują znaleźć źródło krwawienia. Badanie inwazyjne i niebezpieczne. Znalezienie tętniaka, to perspektywa otwierania czaszki - równie inwazyjna i niebezpieczna. Nie znalezienie tętniaka na tym etapie choroby - to ryzyko ponownego wylewu. A czy jest jakaś pozytywna opcja?

Czekam. Towarzyszy mi książka „Modlitwa - czy to działa?” Philipa Yancey'a (ciekawe, dlaczego to ją zaczęłam czytać na dzień przed całym tym wydarzeniem?). Znajduję cytat. Chyba jest dla mnie! Oto on: [...] C.S.Lewis stwierdził, że sensowne jest modlić się w południe o badanie medyczne, które było przeprowadzone o dziesiątej, jeśli nie znamy ostatecznego jego wyniku przed modlitwą. „Sprawa niewątpliwie została już zdecydowana, w pewnym sensie była nawet zdecydowana przed początkiem świata. Ale jedna z rzeczy, które zostały wzięte pod uwagę przy decydowaniu o niej, a która była jedną z jej rzeczywistych przyczyn, może być ta właśnie modlitwa, zanoszona teraz do Boga.” […]

Arteriografia nie wykazała niczego. Pacjent wraca na łóżko, na którym wcale nie odpoczywa. Wyczerpujący ból głowy i oczu, światłowstręt, nudności i wymioty - to nieodłączni towarzysze kolejnych dni w szpitalu.

Zmieniam mu mokre kompresy na głowie. Siedzę cichutko, czytam, rozmyślam o tym, co się stało. Chcę Was zapewnić, że nie jestem osobą, która pyta w tym momencie Boga: „Dlaczego ja?” Jeśli w ogóle zadaję sobie i Bogu jakieś pytanie to brzmi ono: "A dlaczego nie ja?" Tej lekcji nauczyła mnie moja przyjaciółka Beata Jaskuła-Tuchanowska (poetka i pisarka). W książce, w której opisuje swoje zmagania z niepełnosprawnością córeczki, pisze ona tak: „Znacznie lepiej jest rozpocząć swoje życie rodzica dziecka niepełnosprawnego od zadania sobie pytania: ‘Dlaczego nie ja?’ niż pytania pełnego pretensji do nie wiadomo kogo: ‘Dlaczego ja?!’. Wówczas dopiero, gdy w pełni pogodzimy się ze swoją sytuacją, będziemy mogli w pełni pokochać swoje dziecko za to, że jest, zamiast za to, jakie jest.” I zaręczam Wam - Beata nie blefuje.

Przyznam się jednak, że miałam jeden moment takiego przeszywającego serce bólu. To był pierwszy dzień choroby Pawła. Syn, po szpitalu, zabrał mnie do siebie do domu. Patrzyłam na moją wnuczkę i pomyślałam sobie: „Boże, nie pozwól na to, abym już nigdy więcej nie mogła podglądać (i zazdrościć :-) tego, jak ona cudownie  bawi się ze swoim dziadkiem”.

28 kwietnia 2010r. 

Dobiega końca czwarta doba. Stan Pawła bez zmian.

Jest późny wieczór, przed chwilą wróciłam ze „Spotkania Babskiego” (inaczej Siostrzanego :-). Miałyśmy bardzo fajny temat: „Nasza postawa wobec trudności i cierpienia pokazuje stan naszego serca”. Było to rozważanie oparte na Księdze Rut (według książki Magdy Grabowskiej „Kobieta warta Królestwa”). Oczywiście oparłyśmy się na Noemi, która stała się Marą z powodu tego, że w obliczu trudnych doświadczeń pozwoliła sobie na narzekanie, oskarżanie Boga i gorycz.

Kiedy wcześniej myślałam o tym temacie, przygotowując się do niego, to nie wiedziałam, że będzie on dla mnie swego rodzaju egzaminem praktycznym. (Ciekawe, tyle różnych ‘zbiegów okoliczności’ ma ostatnio miejsce w moim życiu…)

No więc, jaki jest stan mojego serca? Z reguły nie jestem osobą narzekającą i poddającą się przeciwnościom. Problemy, zamiast mnie paraliżować, bardzo często wywołują u mnie nadaktywność :-). Jest jednak jedna charakterystyczna rzecz, której piękny opis znalazłam kiedyś w I Mojżeszowej 15:12 „A gdy zachodziło słońce, ogarnął Abrama twardy sen, wtedy też opadały go lęk i głęboka ciemność”. Ze mną bywało podobnie - w dzień aktywna, odpychająca od siebie lęk i smutek, a w nocy... Ale teraz nie mam tych lęków. Śpię spokojnym snem. Nie lękam się i ciemność mnie nie ogarnia. To chyba taki stan miał na myśli ap. Paweł, kiedy pisał o spokoju, który przewyższa wszelki rozum (Flp. 4:6-7). Mam pokój Boży i wiem, że zawdzięczam go również ludziom, którzy go dla mnie wymodlili.

Kolejne dni...

...to ciche wizyty w szpitalu. Staram się nie przeszkadzać choremu. Jedynie czujnie reaguję na jakieś jego - gestem czy westchnieniem wyrażone - potrzeby. Czytam. Treść książki Philipa Yancey'a - „Modlitwa - czy to działa?” wychodzi na przeciw moim potrzebom. (Przypadek?)  Wybrane przeze mnie cytaty oddają to, co czuję i czym żyję w ostatnich dniach:

Modlitwa jest zachętą, byśmy szukali oparcia w fakcie, że to Bóg sprawuje kontrolę, i ostateczne rozwiązanie problemów zależy od Niego, nie od nas. Jeśli będę spędzał wystarczająco dużo czasu z Bogiem, to z pewnością zacznę patrzeć na świat z takiego punktu widzenia, który bardziej przypomina Bożą perspektywę. Czymże w końcu jest wiara, jak nie uwierzeniem naprzód w to, co nabiera sensu dopiero, gdy spojrzy się wstecz? (autor)

Zaufać Bogu to nie znaczy, że On sprawi iż żadna z rzeczy, których się boisz, nigdy się nie zdarzy. Przeciwnie, to znaczy, że wszystko, czego się boisz, najprawdopodobniej się zdarzy. Lecz z Bożą pomocą na końcu okaże się, że nie warto było się bać. (Jonathan Aitken)

Ostatnią strategią jest oparcie się na wierze innych. Kiedy spada na mnie czarna chmura, pokrzepia mnie to, że nie każdy doświadcza tego samego, co ja. Biblia kładzie silny nacisk na praktykę modlitwy z innymi. Modlitwa grupowa stwarza przestrzeń zarówno dla tych, którzy są na pustyni, jak i dla tych, którzy sięgają szczytów. Dla kogoś, kto tylko mówi: ‘Módl się za mnie’, jak i dla tego, kto z radością to zrobi. (autor)

Modlitwa jest aktem poszukiwania Boga. Podczas tego trudnego, a niekiedy przygnębiającego aktu poszukiwania Boga rodzi się we mnie przemiana, która przygotowuje mnie do służby dla Niego. Może to, co odbieram jako opuszczenie, w istocie jest formą umocnienia. (autor)

Krzepią mnie modlitwy innych ludzi. Czytam kartki ze słowami wsparcia (i ja tak robiłam), niektóre są od obcych, i opieram się na ich sile, gdy moja własna słabnie. (przyjaciel autora)

1 maja i 2 maja 2010r.

Modlitwa -  czy to działa? Oj, DZIAŁA!!! 

Wreszcie nastąpił przełom! Ostatni tydzień w życiu Pawła to nieustające zmagania z bólem głowy, bólem oczu i światłowstrętem, nudnościami i wymiotami. Ale w sobotę… W sobotę zastaliśmy (ja i Michał) Pawła pogrążonego w błogim śnie sprawiedliwego. Od razu wiedziałam, że to dobry znak. Do tej pory spał jak przysłowiowy ‘zając pod miedzą’, a teraz chrapał na cały oddział. Po raz pierwszy słuchałam tego chrapania z przyjemnością i nie wkładałam ‘stoperów’ w uszy :-).

W niedzielę zastałam go jeszcze osłabionego, ale z każdą chwilą widziałam coraz więcej oznak tego, że jego stan ulega poprawie. Ból głowy był umiarkowany. Nie musiałam też kłaść mu na oczy mokrego kompresu.

Pożegnałam się z Pawłem po 15-tej. Po 19-tej zadzwonił do mnie i przemówił swoim głosem. Ucieszyłam się, bo do tej pory słyszałam w słuchawce tylko ledwie słyszalny szept człowieka cierpiącego z bólu. Paweł zakomunikował mi, że poprosił pielęgniarkę o odsłonięcie żaluzji (!). W tym momencie podziwiał piękną przyrodę szpitalnego parku i koniecznie chciał rozmawiać z wnusią.

Co za ulga i radość! Wdzięczność do Boga i do ludzi, którzy wiernie nosili Pawła i całą naszą rodzinę w swoich modlitwach. Nie przesadzę, jeśli powiem, że tego dnia modlono się o Pawła od Indonezji po Meksyk; i od Norwegii po RPA. A w Polsce modlono się o jego zdrowie w wielu zborach (również w naszym). I od razu widać efekty!

Następuje drugi i trzeci tydzień pobytu 

Pawła w szpitalu. To okres wzmożonych odwiedzin rodziny i wielu przyjaciół. To również okres wyraźnej poprawy w jego stanie zdrowia. Ból głowy prawie całkowicie ustąpił - pojawia się tylko po większym wysiłku (spacer z rehabilitantką wzdłuż korytarza oddziału :-). Oczy nie bolą - ich stan pozwala mu na czytanie i pisanie. Jest jednak wyraźne pogorszenie widzenia, które, w ocenie okulisty, niedługo powinno ustąpić. Apetyt i humor Pawłowi znowu dopisują.

13 maja 2010r. 

Powtórna arteriografia wykazała, że u Pawła miał miejsce udar krwotoczny mózgu (krwotok mózgowy) - spowodowany przedostaniem się krwi poza naczynie mózgowe. Nie stwierdzono jednak obecności tętniaka, co jest bardzo dobrą wiadomością. W jego głowie nie ma więc tykającej bomby zegarowej - nie jest też konieczna żadna operacja czy inny zabieg. Według lekarzy wylew mógł być spowodowany po prostu wysiłkiem fizycznym. Co by się zgadzało - Paweł w tym dniu odbył, pierwszą po zimie, długą wycieczkę rowerową. Przed nim jeszcze tylko jedna tomografia komputerowa. Jeśli wykaże ona, że krwiak dobrze się wchłania, za kilka dni wróci do domu. No, może po drodze zahaczy o sanatorium w Wesołej.

I cóż my na to? Boża to łaska i cud! Znowu uroniliśmy kilka łez wdzięczności Bogu i ludziom.

27 maja 2010r.

Paweł został wypisany do domu we wtorek, 18 czerwca. W stanie ogólnym dobrym. Lżejszy o 8 kilogramów... Z rozpoznaniem: krwawienie podpajęczynówkowe, udar niedokrwienny prawej pólkuli mózgu, dyskretny niedowład lewej kończyny górnej. Od poniedziałku (24 czerwca) jest w Wesołej, w sanatorium. Będzie tam 3-6 tygodni, w zależności od tego, czy zaistnieje potrzeba dłuższego pobytu. Teraz dużo ćwiczy; dużo spaceruje. Troszkę uskarża się na bóle głowy. Przy jednym ćwiczeniu, bardzo źle się poczuł. Ale widocznie na początku tak musi być. Ze wzrokiem coraz lepiej, co mnie bardzo cieszy, bo czułam się niezbyt komfortowo, kiedy mówił, że widzi mnie "podwójnie". Ja już "pojedynczo" jestem niczego sobie :-).

Pamiętam, kiedy lekarz w szpitalu powiedział: "Miał Pan szczęście..." A lekarze i rehabilitanci, z sanatorium, na temat stanu po udarowego mojego męża ciągle mówią: …to nieprawdopodobne, to niemożliwe, to niesamowite, to cud...

CUD - a jakże by inaczej?! Jesteśmy wdzięczni Bogu za cud uzdrowienia. Jesteśmy wdzięczni Przyjaciołom za ich modlitwy.

Cytat: Stojąc za mną, mówi: "Twoje grzechy są ci odpuszczone". "To dobrze - myślę - lecz nie po to przyszedłem". Odwracam się i pytam: "Czy jestem także uzdrowiony?". Podchodzi bliżej, lecz patrzy w ziemię. Mówi: "To także...". (Reynolds Price, The Law of ICe, Atheneum, New York 1987, s. 67 - za "Modlitwa. Czy to działa?")

***

Na koniec podzielę się jeszcze jedną myślą. Otóż, 27 kwietnia 2010r., z The Berean Call dostałam pewien cytat, którego tłumaczenie podaję. (Czyżby znowu ‘przypadek’?)

UZDROWIONY PRZEZ CHRYSTUSA

Mój przyjaciel powiedział: „Wiara cię uzdrowiła.” „Och, nie” - odpowiedziałem - „Uzdrowił mnie Chrystus”. Czy jest w tym jakaś różnica? O, jest! I to wielka. Bywały chwile, kiedy nawet wiara zdawała się stawać pomiędzy mną a Jezusem. Myślałem, że powinienem wypracowywać swoją wiarę, i ciężko pracowałem nad tym, aby ją mieć. I wreszcie, kiedy pomyślałem, że ją mam; i jeśli się dobrze na niej oprę, ona mnie utrzyma. I wtedy, kiedy myślałem, że mam wiarę, mówiłem: „Uzdrów mnie”. Pokładałem ufność w samym sobie, w swoim sercu i w swojej własnej wierze. Prosiłem Pana, aby uczynił coś dla mnie, ze względu na to, co mam w sobie, a nie ze względu na to, co On ma w sobie. 

A.B. Simpson, kanadyjski kaznodzieja, teolog, autor, i założyciel The Christian and Missionary Alliance

Ten cytat przemówił do mnie, bo pomyślałam sobie o zanoszonych, w ostatnim czasie, modlitwach do Boga o uzdrowienie Pawła. Modlitwach moich i naszych Przyjaciół. I cieszę się, że wszyscy mieliśmy jeden wspólny Obiekt naszej wiary. Ten jedyny właściwy. Bo tu rzeczywiście chodzi o ‘obiekt wiary’, nie o wiarę.

Prorocy Baala też mieli wiarę (I Królewska 18:20-40). Od rana do południa, i jeszcze dłużej, wzywali imienia swojego boga; ba, zadawali sobie nawet rany nożami i dzidami. Aby tak robić, naprawdę trzeba mieć wiarę.

Ciekawy rodzaj wiary prezentuje też ruch Anonimowych Alkoholików. W ruchu tym wystarczy wierzyć w boga „jakkolwiek się go pojmuje” - to może być ‘ten Bóg’, ale to może być inny bóg; to może też być drugi człowiek, to może być nawet przyroda (szczególnie góry) - wszystko, cokolwiek wydaje się mieć w danym momencie troszkę więcej siły niż my sami („Siła wyższa od naszej”). Wszystko, ale niestety, nie Chrystus (piszę to z perspektywy 20-letniego obcowania z ruchem AA).

To Boża łaska (i dar), a nie nasza zasługa, że wierzymy w Chrystusa. Dlatego, jestem ogromnie wdzięczna moim Przyjaciołom za wszystkie modlitwy, westchnienia i myśli zanoszone do Boga (do właściwego OBIEKTU naszej wiary) za Pawła, za mnie, za nasze dzieci...  Dzisiaj możemy widzieć tego efekty.

A ja, czy zdałam test na integralność? Z pomocą Bożą i bliskich mi ludzi - myślę, że tak. Chociaż,  po tym doświadczeniu, moje życie już nigdy nie będzie takie samo...

Kochani Przyjaciele w Chrystusie!

Cieszę się, że mogę się tak do Was zwracać.

Choroba, która spadła na mnie, jak przysłowiowy „grom z jasnego nieba”, odsłoniła przed moimi oczami kilka bardzo ważnych prawd, którymi chciałbym się z Wami teraz podzielić. Prawdy te są oczywiście „stare jak świat”, bo zaczerpnięte ze Słowa Bożego. Jednakże dopiero, gdy osobiście ich się doświadcza, stają się bliskie, wyraziste i zrozumiałe.

Ulotność życia

Dni człowieka są jak trawa: Tak kwitnie jak kwiat polny. Gdy wiatr nań powieje, już go nie ma. I już go nie ujrzy miejsce jego. Psalm 103:15,16

Kiedy na „własnej skórze” przeżyłem pękniecie tętniaka i wylew krwi do mózgu i kiedy za dwa dni odzyskałem w pełni świadomość, i kiedy usłyszałem od lekarza, że miałem „dużo szczęścia, bo zwykle z takiej akcji nie wychodzi się już z domu”, wtedy zdałem sobie sprawę, że byłem o krok od pożegnania się z życiem na tym świecie.

Co tak naprawdę jest ważne

Marność nad marnościami, mówi Kaznodzieja, marność nad marnościami, wszystko marność. Jaki pożytek ma człowiek z całego swojego trudu, który znosi pod słońcem? Kohelet 1:2-3

Pomału dochodząc do siebie (przez tydzień sporadycznie nawiązywałem kontakt ze światem zewnętrznym - otwierałem oczy tylko podczas wizyt lekarza prowadzącego, najbliższej rodziny, kilkorga przyjaciół), miałem coraz większą świadomość tego, jak nieważne są wszelkie „sprawy do załatwienia”, wszelkie spory i niesnaski (w pracy, w rodzinie, w służbie). Będąc w perspektywie stanięcia przed Stwórcą tak naprawdę liczy się tylko moje serce i to, co w nim jest.

Nikt nie jest niezastąpiony…nie wiecie, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, winniście mówić: Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli i zrobimy to lub owo. Jakuba 4:14-15

Zdałem sobie sprawę, że nikt nie jest niezastąpiony i to, czego nie zdołałem załatwić, załatwi ktoś inny. Dlatego w życiu nie można „wychodzić z siebie”, żeby zrobić wszystko samemu i „po swojemu”. Inni zrobią to może inaczej, ale wcale nie znaczy, że gorzej - a może nawet dużo lepiej… I kiedy nas zabraknie, to ktoś inny zajmie nasze miejsce. Świat się nie zatrzyma. Plany będą realizowane a przedsięwzięcia będą się odbywały w swoim czasie…

Przykład? Zasiadając w czterech różnych komitetach organizacyjnych (Warszawskie Ekumeniczne Święto Biblii, Światowy Dzień Modlitwy, Global Leadership Summit, Crown) odkryłem nagle, że moja przymusowa rezygnacja nie zakłóciła prac tych komitetów. Spotkania odbywały się z wyłączeniem jednej tylko (mojej) osoby. Wkrótce odbędzie się pierwsze z planowanych wydarzeń - a ja nadal będę w szpitalu.

Inne zobowiązania też śmiało można odłożyć w czasie lub złożyć na innych (kazania, spotkania, artykuły…).

Kryzysy życiowe sprzyjają zbliżeniom

A gdy stoicie i zanosicie modlitwy, odpuszczajcie, jeśli macie coś przeciwko komu, aby i Ojciec wasz, który jest w niebie, odpuścił wam wasze przewinienia. Ew. Marka 11:25

Wszystko nabiera właściwej perspektywy w obliczu ryzyka bliskiego końca życia. Okazuje się, że większość sporów ma podłoże głównie emocjonalne. Wyrażę to tak: widzimy drugiego człowieka tak, jak go lubimy. Mimo pozornie niewielkiego sensu powyższego zdania, niesie ono w sobie głęboką prawdę życiową. Chodzi o to, że jeżeli kogoś lubimy, to jesteśmy w stanie wybaczyć mu nawet największy absurd. Natomiast, jeśli ktoś „zaszedł nam za skórę”, to wszystko, co robi, będziemy brać „za złą monetę”. Często, żyjąc w braku pojednania z taką osobą i słysząc, że uległa ona poważnemu wypadkowi, ale przeżyła - traktujemy to jako szansę od Boga, by zmienić swoje nastawienie w stosunku do niej.

Co najmniej dwie osoby odwiedziły mnie z takim właśnie nastawieniem: zapomnienia o dawnych urazach, pojednania się, „polubienia” na nowo. Były uściski, pocałunki, słowa pojednania i deklaracje miłości wzajemnej. Już dla samych tych dwóch wizyt warto było się tu znaleźć…

Szpitalne łóżko to wspaniałe miejsce do modlitwy

Choruje kto między wami? Niech przywoła starszych zboru i niech się modlą nad nim, namaściwszy go oliwą w imieniu Pańskim. A modlitwa płynąca z wiary uzdrowi chorego i Pan go podźwignie; jeżeli zaś dopuścił się grzechów, będą mu odpuszczone. Jakub 5:14-15

Jednak największą radość sprawiła mi Wasza, drodzy Przyjaciele, troska o mnie - wyrażona w e-mailach, telefonach (SMS-ach) i odwiedzinach. Większość tych odwiedzin była z konieczności krótka - co spowodowane było moją kiepską kondycją psycho-fizyczną (do dziś utrzymują mi się bóle głowy). Wiele z tych wizyt kończyła modlitwa o mnie, której często towarzyszyło przeczytanie Słowa Bożego. W tym samym dniu, kiedy odzyskałem świadomość, pastor zboru symbolicznie namaścił mnie olejem i pomodlił się do Boga o moje uzdrowienie.

Muszę stwierdzić, że pomimo iż łóżko szpitalne kojarzyło mi się zawsze raczej z „duchową pustynią”, to dla mnie tych kilka ostatnich dni (poczynając od mojego powrotu do świadomości i od rozpoczęcia czasu wizyt - których do tej pory było już kilkadziesiąt) był to jeden z bardziej obfitych duchowo okresów mojego życia. Dużo modlitwy, dużo przemyśleń, jakieś podjęte decyzje, postanowienia. Ale, o tym to już innym razem :-).

Kochani, dziękuję Wam za Waszą troskę o moje życie i zdrowie.

Czeka mnie jeszcze wiele tygodni diagnozowania, leczenia i rehabilitacji. Ale, jak Bóg pozwoli to powrócę do pełnej sprawności, do służby, do Was. Z Bożą pomocą będę jeszcze bardziej użyteczny w Jego służbie, niż dotychczas. Dzięki temu doświadczeniu.

Wasz brat w Chrystusie, współsługa w dziele Ewangelii,

Paweł