Marzenia się spełniają – Katarzyna

Wczesne dzieciństwo to mieszkanie z rodzicami u babci w maleńkim mieszkanku na poddaszu śląskiego familoka. Nie było łatwo, było ciasno, nie miałam własnego kąta, byliśmy biedni. Najtrudniejsze jednak było to, że mój tata jest alkoholikiem i nigdy nie było wiadomo czy wróci trzeźwy do domu. Każdego dnia, kiedy się spóźniał, bałyśmy się w jakim będzie stanie, czy będzie spokojny, czy będzie awantura, czy będzie trzeba uciekać w środku nocy do sąsiadów. Mama z babcią starały się utrzymać normalność – do dzisiaj pamiętam wieczorne czytania książek przed snem. Książka którą zapamiętałam szczególnie to „W pustyni i w puszczy” – mama opowiadała o dalekich krajach, czytała o przygodach Stasia i Nel.

Pewnego dnia, gdy miałam 11 lat a mój brat 1,5 roku, gdy tata wyszedł do pracy, mama zapakowała wszystko co mieliśmy do taksówki bagażowej i przeprowadziliśmy się do mieszkania w czynszowej kamienicy w centrum Katowic. Mieszkanie wydawało się rajem – duża kuchnia i pokój i nadzieja, że zaczniemy żyć spokojnie. Jednakże stało się inaczej, tata nie wyciągnął żadnych wniosków z naszej wyprowadzki i dalej były awantury, przemoc i ucieczki z domu.

Bardzo ciężko zniosłam zmianę szkoły, zaczęłam chorować. Do tej pory byłam wzorową uczennicą a tu zaczęły się poważne problemy w nauce, o których nie miałam odwagi powiedzieć mamie. Ona przecież była tak bardzo dumna, myśląc, że ja bardzo dobrze się uczę i dużo czytam. Gdy jej się przyznałam – pomogła mi, między innymi nauczyła czytać mapy. Od tej pory stało się to fascynującym zajęciem – podróże palcem po mapie. Zaczęła się rozwijać moja fascynacja Afryką.

Po ukończeniu szkoły podstawowej poszłam do Technikum Górniczego – uważałam, że nie podołam nauce w liceum. Miałam bardzo niskie poczucie własnej wartości. W Technikum zapisałam się do szkolnego teatru, angażowałam się w różne szkolne przedsięwzięcia, konkursy. Mama była dumna – a tata zawsze krytykował. Nawet wtedy gdy przynosiłam do domu kolejne świadectwa z czerwonym paskiem, od taty słyszałam, cóż za monotonne świadectwo… Jednego dnia sprawił mi ogromną przykrość. Miałam wtedy może 16 lat, szliśmy gdzieś razem, usłyszałam „zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że nie jesteś pięknością i trudno będzie ci znaleźć męża”… Zawsze lubiłam być w domu z mamą, ale od tamtego czasu zamknęłam się w czterech ścianach. Tylko szkoła, teatr i dom, gdzie zamykałam się jak w twierdzy i czytałam książki o Afryce – wszystkie jakie wpadły mi w ręce.

Pewnego dnia poznałam Afrykańczyka, studenta Politechniki Krakowskiej. Dla niego byłam pięknością. Wiadomo – blondynka o niebieskich oczach z warkoczem do pasa. Zakochałam się. Zdałam z wyróżnieniem maturę, ale oblałam egzaminy wstępne na studia. Uznałam, że może dobrze bo i tak bym sobie na studiach nie poradziła. Na wakacje pojechałam na obóz studencki do Wiktorowa, na którym poznałam Elę. Był to pierwszy taki wyjazd w moim życiu, obóz chrześcijański – wszystko mi się na nim podobało. Jednak po powrocie do domu moje życie wróciło do niechrześcijańskiej normy. Rozpoczęłam pracę, nadal spotykałam się z Sipho, zaszłam w ciążę i urodziłam piękną córeczkę, Sarę. Byłam bardzo szczęśliwa, chociaż już wtedy przeczuwałam, że zostaniemy same. Po kilku tygodniach dowiedziałam się, że Sara ma siostrę, niewiele starszą od siebie. To był cios – chciałam jednak, żeby Sara miała tatę tak długo, jak tylko będzie to możliwe, tzn. do czasu jego powrotu do Afryki. Po roku wyjechał, ja poszłam na studia – wtedy bardziej dla Sary niż dla siebie – wiedziałam że nie będzie łatwo żyć z kolorowym dzieckiem. Oczywiście studia nie byłyby możliwe, gdyby nie pomoc mamy, babci, cioci, które opiekowały się Sarą, gdy ja byłam na zajęciach albo uczyłam się do egzaminów. Kolejny cios – na krótko przed obroną pracy magisterskiej, zaledwie miesiąc po zdiagnozowaniu białaczki, umarła mama, moja przyjaciółka, powierniczka i oparcie w każdej trudnej sytuacji. Zostałam sama z córką – ale cóż, trzeba było żyć dalej.

W międzyczasie wyjeżdżałam kilkukrotnie na chrześcijańskie obozy dla studentów, gdzie brałam udział w wykładach. Słyszałam, że Bóg zmienia życie ludzi – i nic. Jednak od tego pierwszego obozu w Wiktorowie w 1987 roku spotykałam się z Elą, zaprzyjaźniłyśmy się – wtedy nawet bym nie pomyślała, jak wiele ta przyjaźń zmieni.

Miesiąc po obronie pracy magisterskiej, zmieniłam pracę na lepszą, później na kolejną, jeszcze lepszą. Wszystko układało się tak dobrze w moim życiu, że się dziwiłam, jak to możliwe. Nadal spotykałam się z Elą, modliłyśmy się czasem razem, poznawałam jej znajomych, osoby, które oddały swoje życie Bogu, słuchałam o Bogu, o Jezusie, czytałam książki o tematyce chrześcijańskiej i… nic się nie działo.

W 2006 roku zmieniłam pracę. Niedługo potem miałam wypadek, spadłam z konia i złamałam kręgosłup. Brzmi groźnie, ale tak naprawdę nic poważnego się nie stało – trzy miesiące nosiłam gorset ortopedyczny – i już. Wtedy coś drgnęło – Uświadomiłam sobie jakie życie jest kruche, że może się skończyć w każdej chwili.

Czy w tamtym momencie zwróciłam się do Jezusa, do Boga? Nie… Zaczęłam podróżować, już nie palcem po mapie, ale tak naprawdę. To było coś fantastycznego – realizować swoje marzenia, być w miejscach, o których opowiadała mama. Przed kolejnym wyjazdem do Egiptu zapytałam Elę, czy poleci ze mną. Poleciała, pojechałyśmy na wycieczkę do Izraela, stanęłyśmy pod ścianą płaczu, włożyłam w szczelinę muru świątynnego karteczkę. Napisałam na niej prośby, życzenia dla osób mi bliskich, a na końcu napisałam „żeby moje życie się ułożyło” – nie wiedziałam jak ma się ułożyć ale chciałam żeby się coś zmieniło. Z Jerozolimy pojechałyśmy do Betlejem. W Betlejem obok Bazyliki Narodzenia, znajduje się mały kościółek świętej Katarzyny. Usiadłyśmy tam na chwilę – usłyszałam od Eli, mogłabyś coś zrobić ze swoim życiem, odparłam: wiem – pomóż mi. W tym momencie musiałyśmy opuścić kościół, bo go zamykano i nie mogłyśmy zakończyć naszej rozmowy.

Miesiąc później (to było dwa lata temu) przyjechałam po raz pierwszy do Zakościela na weekend organizowany przez Forum Kobiet. Byłam pełna obaw. Zastanawiam się, co ja tu robię, to nie miejsce dla mnie. Czułam się zagubiona. No ale skoro przyjechałam, postanowiłam uczestniczyć w zajęciach, a nie siedzieć w pokoju. Wykłady prowadziła Magda Grabowska. Mówiła o ucieczce Izraelitów z Egiptu, o ich tułaczce po Synaju (a ja tam byłam!!!!) o przybyciu do ziemi mlekiem i miodem płynącej, obiecanej przez Boga – pokazywała analogie pomiędzy życiem Izraelitów od niewoli w Egipcie aż do życia w Ziemi Obiecanej a życiem człowieka współczesnego pozostającego w niewoli grzechu, który poprzez świadomą decyzję oddania swojego życia Bogu staje się Chrześcijaninem. Po ostatnim wykładzie był czas na wyciszenie, na podjęcie tej najważniejszej w życiu decyzji.

I zrobiłam to – podjęłam decyzję o powierzeniu swojego życia Jezusowi Chrystusowi, którą wyraziłam modlitwą: „Panie Jezu. Potrzebuję Cię. Uznaję swoją grzeszność. Otwieram drzwi mojego życia i przyjmuję Cię jako swego Pana i Zbawiciela i Pana. Dziękuję, że przebaczyłeś moje grzechy, umierając za mnie na krzyżu. Proszę o Twoje kierownictwo w moim życiu. Uczyń mnie taką, jaką chcesz”.

W Apokalipsie świętego Jana jest werset „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał a on ze mną”. (Ap 3.20)

Jezus był cierpliwy i kołatał przez 23 lata – aż wreszcie usłyszałam – bo On sam czekał, to ja musiałam zdecydować.

Co zmieniło się od tamtego czasu w moim życiu? Nabrało tempa, chociaż do tej pory nie mogłam narzekać na nudę. Czytam biblię, chciałabym przeczytać całą w ciągu roku. Poszłam na kolejne studia, tym razem dla czystej przyjemności – skoro podróże są moją pasją, skoro zafascynowałam się Izraelem, Grecją, Egiptem – to chciałam wiedzieć więcej. Wybrałam kierunek „Turystyka krajów biblijnych”, piszę pracę licencjacką „Śladami Pawła Apostoła po Grecji” i mam kolejne marzenie – chciałabym, aby kiedyś stało się to możliwe, abym mogła zabierać kobiety na takie wyjazdy i wędrować i podziwiać piękno krajów, które Paweł Apostoł odwiedzał podczas swoich wędrówek. Wierzę, że jest to możliwe, bo przekonałam się, że marzenia się spełniają. Jestem szczęśliwą kobietą (chociaż do tej pory nie wyszłam za mąż), mamą, babcią. Jestem o wiele spokojniejsza, poprawiły się moje relacje z córką, zbliżamy się coraz bardziej do siebie, coraz więcej rozmawiamy. Jezus jest ze mną – a jeżeli Bóg z nami, to któż przeciw nam? I chociaż moje życie nie zmieniło się w oka mgnieniu, trudności nie zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniło się moje nastawienie.

I właściwie to mógłby być koniec historii, którą napisałam jakiś czas temu.

Coś się jednak wydarzyło. Planowałam urlop – tydzień w Grecji. Zapytałam kilku kobiet, czy może któraś byłaby zainteresowana tygodniem wędrówki – na dzisiaj mamy zarezerwowanych 5 dwuosobowych pokoi, 13 kobiet chce spędzić ze mną szalony tydzień w Grecji. Bóg spełnia marzenia, daje możliwość rozwijania talentów – trzeba tylko uważnie słuchać jak do nas woła, żeby pomnażać dary, które się otrzymało, żeby ich nie zmarnować a wykorzystywać je dla ludzi na Jego chwałę.