JAK POZWOLIĆ ODEJŚĆ NASZYM DOROSŁYM DZIECIOM?

Kitty Chappell
Copyright 13.05.2010

Słyszałam niedawno w wiadomościach, że naukowcy odkryli, iż szaleństwo rzeczywiście przenosi się w rodzinie – tracimy rozum z powodu naszych dzieci.

Dzieci są dla nas wspaniałym błogosławieństwem. Codziennie dziękuję Bogu za mojego syna i córkę.

Tak, jestem wdzięczna za wszystkie szczęśliwe wspomnienia związane z moimi dziećmi. Jednak podobnie jak inne matki, jak również mam swój udział w trudach macierzyństwa.

Niestety, wiele z tych przykrych, trudnych momentów wynika z prostego prawa przyczynowo-skutkowego: albo jesteśmy wobec dzieci zbyt pobłażliwi i nie wytyczamy im granic; albo jesteśmy nadopiekuńczy i zbyt krótko je trzymamy, przez co nie mają okazji nauczyć się podejmowania własnych decyzji; albo jesteśmy zbyt surowi i w rezultacie nasze pociechy się buntują. Gdybyśmy mogli cofnąć czas, niejeden z nas pewnie postępowałby wobec swoich dzieci inaczej.

Jednak czasem jest i tak, że robimy wszystko jak trzeba, a mimo to problemy wychowawcze spędzają nam sen z powiek. Dlaczego? Bo Bóg obdarzył nasze „skarby” wolną wolą, podobnie zresztą jak i nas samych.

Kiedy Doug poprosił mnie, żebym poprowadziła dzisiejsze seminarium, natychmiast pomyślałam o temacie: JAK POZWOLIĆ ODEJŚĆ NASZYM DOROSŁYM DZIECIOM? Niedawno mówiłam o tym na spotkaniu grupy seniorów Grace Community i moje przemyślenia spotkały się z bardzo pozytywnym przyjęciem.

A zatem, zacznijmy.

Mam wielu przyjaciół i znajomych, którzy wydali dosłownie wszystkie pieniądze na swoje dzieci lub wnuki, tudzież na innych członków rodziny.

1. Jedna z moich bliskich przyjaciółek, mieszkająca w innym stanie i rozwiedziona z mężem alkoholikiem, gdy ich dzieci były jeszcze bardzo małe, przez wiele lat była samotną matką. Zapewniła dzieciom opiekę i utrzymanie i wychowała je na odpowiedzialnych ludzi. Miała świetnie płatną pracę – pełniła funkcję dyrektora naczelnego w pewnym ekskluzywnym hotelu, gdzie dbała o wygody słynnych aktorów oraz ludzi z najbliższego otoczenia prezydenta Reagana, gdy ten przyjeżdżał do miasta.

Była gospodarna i oszczędna, dzięki czemu kupiła wynajmowany dom – bez żadnego wsparcia finansowego (alimentów) ze strony byłego męża. Wszystko układało się pomyślnie do czasu, aż jej córka wyszła za mąż i założyła rodzinę. Młodzi nie radzili sobie finansowo, dlatego zaczęli pożyczać pieniądze od mojej przyjaciółki (których do końca nie oddali). Potem jej brat pożyczył od niej pokaźną sumę na rozkręcenie firmy. Niestety, biznes się nie powiódł i brat pieniędzy nie oddał. Jej syn też był w potrzebie, więc i jemu pomogła... Obecnie nie ma już nic, cały majątek przepadł. Kobieta ma zrujnowane zdrowie i jest na rencie, a mieszka w obskurnej dzielnicy czynszowej, gdzie kwitnie handel narkotykami. Nie tak wyobrażała sobie swoją jesień życia.

2. Inna moja przyjaciółka (z okolic Phoenix) wraz z mężem wzięła ogromną pożyczkę pod zastaw domu, by pomóc ich rozwiedzionemu synowi i jego malutkiej córeczce (mieszkającym w innym stanie). Kwota jest tak wysoka, że gdyby sprzedali dom i wszystko spłacili, ledwo starczyłoby na kupno skromnego bungalowu. Przyjaciółka ma różne kłopoty zdrowotne, lecz wciąż musi pracować, by związać koniec z końcem, a jej mąż jest na skraju załamania nerwowego z powodu ich kurczącej się emerytury – setek tysięcy dolarów, których nigdy nie zobaczą. Ale nadal pomagają synowi – ze względu na wnuczkę...

UZALEŻNIENIE

Wielu pomyślałoby, że to przecież kompletne szaleństwo! Dlaczego ktoś miałby latami utrzymywać swoje dorosłe dzieci? Dlatego, że się od tego uzależnił.

Żaden alkoholik nie wypija swojego pierwszego drinka z myślą: „Sądzę, że zostanę alkoholikiem”. A jeśli nawet zaczyna podejrzewać, że ma jakiś problem z piciem, odwraca się od prawdy i próbuje ją wypierać: „Przecież piję tylko po to, żeby się rozluźnić. W każdej chwili mogę przestać”.

Uzależniony rodzic rzadko dostrzega sygnały ostrzegawcze swojego problemu. Najczęściej dzieje się to dopiero w sytuacji, gdy odpływ pieniędzy jest już tak poważny, że do jego zatrzymania potrzebne jest gwałtowne i całkowite zakręcenie „zaworu finansowego”. Jednak wtedy dzieci są już tak przyzwyczajone do regularnej, rodzicielskiej „zapomogi”, że takie nagłe odcięcie ich od niej jest dla rodziców bardziej bolesne, niż brak działania i dalsze godzenie się na ustalony porządek rzeczy – przez co ci ostatni powoli tracą wszystko, co mają.

Jeśli chcesz spojrzeć prawdzie w oczy, wejdź w Internet i wpisz w wyszukiwarce hasło „utrzymywanie dorosłych dzieci”; zobaczysz, ile jest stron na ten temat. W Stanach Zjednoczonych to zjawisko jest tak powszechne, że przypomina już prawdziwą epidemię. Istnieją nawet grupy wsparcia dla rodziców, którzy są nim dotknięci. A my, chrześcijanie, nie możemy przechodzić nad tym do porządku dziennego.

Czy powinniśmy pomagać naszym dorosłym dzieciom, jeśli mamy taką możliwość, a one tego potrzebują?

Oczywiście, że tak. Ale musimy znać różnicę między pomaganiem, a utrzymywaniem. Jedno od drugiego dzieli cienka granica, którą bardzo łatwo jest przekroczyć.

Każdy czasem potrzebuje pomocy. Mój świętej pamięci mąż Jerry i ja nieraz byliśmy w potrzebie, gdy dzieci były jeszcze małe, a Jerry tymczasowo nie miał pracy. Pożyczał wtedy pieniądze od swojej owdowiałej mamy, ale za każdym razem wystawiał tzw. weksel własny z rozpisanym planem spłaty, i zawsze na czas oddawaliśmy pożyczkę.

Mama Chappell z chęcią nas wspierała, ale nie tylko dlatego, że tego chciała – wbrew jej sprzeciwom, Jerry uparł się, że będzie jej płacił 10 % odsetek (czyli więcej, niż zarabiała na depozytach bankowych). Oto prawdziwa odpowiedzialność. Byliśmy zadowoleni, że możemy jej pomóc, podczas gdy ona pomaga nam. Dlatego owszem, dobrze jest pomagać swoim dorosłym, odpowiedzialnym dzieciom.

ALE CO Z DZIEĆMI NIEODPOWIEDZIALNYMI?

Jeśli pożyczamy pieniądze naszym dorosłym dzieciom, które zamiast oddać, jedynie przepraszają, po czym przychodzą po kolejną pożyczkę, to uczymy je kraść, i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia.

Albo inaczej: może im nie pożyczamy, tylko dajemy, raz za razem, tak naprawdę utrzymując je... bo przecież jesteśmy kochającymi rodzicami, prawda? A czy wiecie, że gdy tak robimy, sprzeciwiamy się woli Niebieskiego Ojca?

Dlaczego? Bo nie tylko nie jesteśmy dobrymi zarządcami powierzonych nam pieniędzy, ale też uczymy nasze dzieci (lub wnuki, czy kogoś innego) bycia nieodpowiedzialnymi pasożytami. Lecz co ważniejsze, okradamy je z siły i prawości, które mogą w sobie rozwinąć jedynie dzięki kroczeniu drogą odpowiedzialności.

MOJA FINANSOWA „JAZDA W DÓŁ”

Po śmierci Jerry’ego znalazłam się na niebezpiecznym gruncie finansowego pomagania naszej czterdziestoparoletniej, niezamężnej córce. Że też w porę się nie wycofałam...

Jerry i ja zawsze z niedowierzaniem kręciliśmy głowami, zastanawiając się, jak to możliwe, by nasza wspaniała, utalentowana córka, o ilorazie inteligencji kwalifikującym ją do członkostwa w Mensie, podejmowała tak niemądre decyzje.

Ona i jej starszy brat byli traktowani jednakowo – od małego uczeni odpowiedzialności, wychowali się w tym samym, pełnym miłości, chrześcijańskim domu, w którym oboje musieli przestrzegać tych samych zasad.

Ale Tamara została obdarzona wyjątkowo silną wolą – wspaniałą cechą, jeśli tylko jest właściwie ukierunkowana. Niestety, nigdy nie lubiła dyscypliny, i to w żadnej formie – a szczególnie konieczności uczenia się, czy wykonywania jakichkolwiek poleceń.

Z trudem ukończyła szkołę średnią i nawet nie chciała myśleć o dalszej nauce. Bez wątpienia kochała nas, jednak jeszcze bardziej kochała swoje „widzimisię” i doskonale wiedziała, czego chce.

Najwyraźniej sądziła, że jest najmądrzejsza na świecie, a w ogóle to nikt jej nie będzie mówił, co ma robić – a już na pewno nie rodzice.

Wyprowadziła się i usamodzielniła, pracując to tu, to tam. Były to nawet niezłe zajęcia, tylko że nigdzie nie mogła zagrzać miejsca. Utrzymanie pracy wymagało przecież podporządkowania się i wypełniania czyichś poleceń.

Wreszcie postanowiła otworzyć własną firmę (branża: sprzątanie mieszkań) – nie dlatego, że mogłaby się na tym dorobić, ale głównie po to, by samodzielnie o wszystkim decydować. By móc chodzić spać o której chce, wstawać o której chce, dowolnie ustalać rozkład dnia i pracować wtedy, kiedy ma na to ochotę. I tak też robiła, przez co w końcu nie miała za co żyć.

Tamara jest chrześcijanką i usiłuje podobać się Panu, ale kiepsko jej to wychodzi, bo nie potrafi oddać Mu kierownictwa nad swoim życiem. A przecież wszyscy dobrze wiemy, że bez tego ani rusz.

Córka zna wiele wersetów z Pisma i niejeden z nich potrafi zacytować, ale wybiera je bardzo ostrożnie. Skupia się na tych, które zawierają obietnice Bożych błogosławieństw, a pomija te, które traktują o odpowiedzialności.

Któregoś razu, przez cały rok wierzyła, że Bóg podźwignie ją z ubóstwa, pozwalając jej wygrać na loterii. Ktoś z jej chrześcijańskiej wspólnoty charyzmatycznej „skierował [do niej] słowo”, że „w nadchodzącym roku Bóg pobłogosławi ją finansowo”. Tamara była przekonana o prawdziwości tego „proroctwa”, wspierając je starotestamentowym wersetem: „Oto rok łaski Pana”. Cała wspólnota twierdziła, że ów werset nie mówi o łasce dla pojedynczej osoby, ale dla całego kościoła. Próbowałam z nią o tym rozmawiać, tłumaczyłam... Wszystko na nic. Córka trwała przy swoim przekonaniu i głęboko wierzyła, że ta łaska na nią spłynie – bo po prostu chciała w to wierzyć, i już.

W Sylwestra zadzwoniła do mnie załamana, łkając w słuchawkę, że Bóg ją zawiódł, bo nie obdarzył ją obiecanym, finansowym błogosławieństwem. Przez dwie godziny próbowałam ją uspokajać, powołując się na prawdziwe, biblijne obietnice – o tym, że Bóg nas kocha i nigdy nas nie opuści. I że w Jego miłości wcale nie chodzi o pieniądze. Całe szczęście, córka w końcu zrezygnowała z tego fałszywego postrzegania Bożych obietnic i znalazła sobie inną, mniej „natchnioną” wspólnotę.

Tamara nigdy nie brała narkotyków, nie nadużywała alkoholu, ani nie zażywała jakichkolwiek innych środków odurzających. To w czym problem? W jej postawie, a konkretnie w przekonaniu o prawie do dóbr materialnych. Uważa, że bogaci powinni się z nią – biedną – dzielić, przy czym nie ma zamiaru robić tego, co oni, by ten majątek zdobyć. Sądzi, że Bóg też powinien obdarzać ją wszelkimi dobrami – przecież żyje moralnie, cnotliwie, daje dziesięcinę, czyli postępuje zgodnie z Bożymi oczekiwaniami wobec każdego chrześcijanina. Jej posłuszeństwo wypływa z nadziei na zapłatę, a to już postawa z gruntu niewłaściwa.

Nigdy nie zapomnę reakcji pewnego sportowca, zwycięzcy na paraolimpiadzie, gdy ktoś zwrócił uwagę na jego „ułomność”. „Jaka ułomność?” – zapytał zdziwiony. „Nie jestem ułomny. To osoba ze złym nastawieniem jest ułomna, i to w najgorszy możliwy sposób!”

Niestety, moja córka nie jest wyjątkiem. Postawa „należy mi się” i „mam prawo do” występuje dość powszechnie wśród jej rówieśników i w kolejnym pokoleniu. Smutna prawda jest taka, że większość z nich po prostu nie chce robić tego, co robili ich rodzice. Nie chcą ciężko pracować, obywać się bez różnych rzeczy, dopóki nie są w stanie za nie zapłacić, poświęcać się i oszczędzać. Innymi słowy, nie są skłonni brać na siebie finansowej odpowiedzialności.

Znamy powiedzenie: „Daj człowiekowi rybę, a tego dnia będzie syty; naucz go łowić, a będzie syty przez całe życie”.

Jerry i ja usilnie staraliśmy się nauczyć Tamarę łowić. Ale ona nie chciała się uczyć. Nie zamierzała pracować 40 godzin tygodniowo, nie oszczędzała, i w rezultacie ciągle była w potrzebie.

W końcu wpadliśmy w pułapkę wyciągania córki z finansowych kłopotów. Próbowaliśmy nauczyć ją odpowiedzialności, „pomagając” jej i przypominając, że te pieniądze to tylko pożyczka i spodziewamy się, że je odda. (Nie dlatego, że tak bardzo ich potrzebowaliśmy i umarlibyśmy z głodu, gdyby tego nie zrobiła; przede wszystkim zależało nam na budowaniu jej charakteru.) Jerry ustalił nawet plan spłaty. Lecz gdy Tamara raz za razem nie dotrzymywała słowa i nie oddawała, w końcu przestaliśmy „pożyczać”, gdyż w ten sposób jedynie karmiliśmy jej brak odpowiedzialności.

W 2005 roku, tuż po śmierci Jerry’ego, znowu weszłam na ten grząski grunt i zaczęłam ratować córkę „pożyczkami”. Ciągle zapewniała, że mi odda, ale nadal nie była skłonna wziąć się porządnie do pracy, by te pieniądze zarobić.

W zeszłym roku, częstotliwość owych „zastrzyków finansowych” zaczęła mnie niepokoić. Usiadłam i po raz pierwszy podliczyłam, ile Tamara jest mi winna. Byłam w szoku!

Okazało się, że w ciągu ostatnich kilku lat, średnia, roczna kwota, którą jej dałam, przekracza wysokość mojej emerytury z tego samego okresu. Stwierdziłam, że tak dalej być nie może.

Wiedziałam, że muszę zrobić coś bardzo trudnego. Po wielokroć prosiłam Pana o mądrość i siłę, by móc postąpić w tej sytuacji zgodnie z Jego wolą. Nie wiem, jak długo Bóg mi to mówił, ale w końcu, pewnego dnia usłyszałam jasno i wyraźnie: „Puść!”

PECHOWY ALPINISTA

Ilu z was słyszało historię o alpiniście, który spadł z urwiska?

...Spadając w otchłań stromego kanionu, zdołał chwycić się gałęzi niewielkiego drzewa.

- Na pomoc! – krzyknął. – Jest tam kto...?!

Nagle, z nieba odezwał się głęboki, dostojny głos, a jego słowa poniosły się echem po okalających kanion szczytach.

Pomogę ci, synu – rzekł głos. – Ale najpierw musisz mieć wiarę i mi zaufać.

Jasne, co tylko chcesz, ufam ci! – zapewnił gorączkowo alpinista.

W takim razie puść gałąź – polecił głos.

Cisza. Po dłuższej chwili mężczyzna zawołał:

- A jest tam jeszcze ktoś?!

Pozwolenie, by nasze dorosłe dzieci radziły sobie same, bywa bolesne. A jednak, gdy wołamy do Boga o pomoc, najczęściej nie jesteśmy zadowoleni z Jego odpowiedzi. Rozglądamy się za innymi rozwiązaniami – albo po prostu nadal trzymamy się swojej „gałęzi”, drżąc na myśl o rozluźnieniu uścisku.

Tak jak tamten alpinista, uczepiony zwisającego nad przepaścią konaru, wiedziałam, że jestem w niebezpiecznej i rozpaczliwej sytuacji, jednak wcale nie podobała mi się Boża odpowiedź. Nie mogłam znieść myśli o tym, by mojej córce było jeszcze gorzej niż dotychczas.

Bóg dostrzegł moje wahanie i dodał:

- Nie chcesz puścić, bo mi nie ufasz i nie szanujesz mojego prawa zasiewu i zbioru („co siejesz, to i żąć będziesz”). Tamara łamie to prawo, a ty błagasz mnie o plony. Ale tak jak prawo przyciągania, prawo zasiewu i zbioru NAPRAWDĘ DZIAŁA! Przestań mnie prosić, bym je złamał tylko dlatego, że swoją córkę kochasz bardziej niż mnie.

Mocne słowa. W dodatku zrozumiałam, że są prawdziwe – moje czyny o tym świadczyły.

SYN MARNOTRAWNY

Wtedy Bóg przypomniał mi przypowieść o synu marnotrawnym z Ewangelii Łukasza. Z pewnością ją pamiętacie...

...Oto młodszy syn, zmęczony domowymi obowiązkami, prosi ojca o swoją część dziedzictwa, po czym wyjeżdża i traci cały majątek na obcej ziemi. Nastaje głód... a resztę już znacie. Młodzieniec najmuje się do pomocy przy świniach.

Ilekroć czytałam tę historię, zawsze skupiałam się jedynie na ojcowskim przebaczeniu i zazdrości starszego brata, gdy syn marnotrawny wrócił do domu. A zupełnie pomijałam trzecią, równie ważną kwestię.

Wciąż trzymając się mojej gałęzi, w końcu, po raz pierwszy ujrzałam prawdę, której uświadomienie sobie było mi tak potrzebne.

Dotarło do mnie, że przedstawiony w przypowieści ojciec był nie tylko gotów pozwolić synowi odejść – był także gotów przystać na to, by chłopak poniósł bolesne konsekwencje swoich pochopnych decyzji.

Sądzicie, że ów ojciec nie znał własnego syna? Z pewnością znał jego nieodpowiedzialny charakter lepiej, niż ktokolwiek inny. I bez wątpienia wiedział też, że żadne próby przemówienia mu do rozsądku nie przyniosą pożądanego rezultatu. Dlatego pozwolił mu odejść. A gdy obcą ziemię dotknęła klęska głodu, młody człowiek został zmuszony zamieszkać ze świniami. Nie taką przyszłość ojciec sobie dla niego wymarzył...

I wtedy, w tym cuchnącym, okropnym otoczeniu, syn marnotrawny „zastanowił się”, albo „wejrzał w siebie”.

Co sprawiło, że chłopak się „zastanowił”? Okoliczności, w jakich przyszło mu żyć. Nie żadne napominania, tłumaczenia czy prośby, kierowane do niego za pośrednictwem posłańców, ani też bezpośrednie błagania samego ojca, udającego się w ślad za synem i podejmującego kolejne próby nakłonienia go do zmiany postępowania. Kochający ojciec nic takiego nie zrobił.

Ten mądry człowiek po prostu pozwolił, by podziałało Boże prawo zasiewu i zbioru, czy też prawo przyczyny i skutku – bez względu na to, jak bolesne będzie to dla nierozsądnego młodzieńca.

Syn miał mnóstwo czasu na rozmyślanie nad swoją beznadziejną sytuacją i w końcu wszystko zrozumiał. Dotarło do niego, że znalazł się tam z powodu swoich własnych, nierozważnych decyzji.

Zdał też sobie sprawę z tego, że słudzy jego ojca żyją w znacznie lepszych warunkach niż te, w których on sam się znalazł. I że dzieje się tak dlatego, że słuchają ojcowskich poleceń i ciężko pracują. A przecież są tylko sługami, niewolnikami.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, syn uznał, że powrót do domu bez grosza przy duszy i pokorna prośba o przyjęcie do grona sług, w pełnej gotowości podporządkowania się rodzicielskiemu autorytetowi, będzie dla niego znacznie lepsze, niż dalsze tkwienie w zagrodzie dla świń.

MOJE NIEMĄDRE DECYZJE

Wisząc nad przepaścią i kurczowo ściskając mizerną gałąź, ja również „wejrzałam w siebie” i spojrzałam prawdzie w oczy. I co zobaczyłam? Że beznadziejna sytuacja, w jakiej się znalazłam, nie była wynikiem braku odpowiedzialności mojej córki, ale miała bezpośredni związek z moimi niemądrymi decyzjami. A jakimi?

Po pierwsze, nie zaufałam Bogu na tyle, by nie tylko zrobić to, co podpowiadał zdrowy rozsądek, ale też pokierować się Bożą nauką. A przecież cała Biblia uczy osobistej odpowiedzialności. W II Liście do Tesaloniczan czytamy: „Kto nie chce pracować, niech też nie je!”

Księga Przysłów 6,6-11 wskazuje na mądrość mrówki, podając ją za przykład ciężkiej pracy i oszczędzania, i przeciwstawiając głupocie człowieka leniwego, który zbierze plon swojego postępowania, żyjąc „jak biedak żebrzący”, w nędzy i bez dachu nad głową. Wszystko jasne.

Mimo to, wciąż usiłowałam naprawić opłakane skutki braku odpowiedzialności Tamary, tak naprawdę ucząc ją lenistwa i zakorzeniając w niej przekonanie, że opłaca się tej odpowiedzialności unikać. Jak mogłam się aż tak pomylić, sądząc, że córka oprzytomnieje dzięki stałemu dostępowi do MOICH ciężko zarobionych pieniędzy?

Podobnie jak alkoholik, który uważa, że jego prawdziwą potrzebą jest kolejny drink, Tamara szczerze wierzyła, że tym, czego naprawdę potrzebuje, jest solidny zastrzyk gotówki, a brak pieniędzy to jej największy problem. (A nie niechęć do wysiłku i zapracowania na te pieniądze.)

Udzielanie jej kolejnych „pożyczek” odpowiadało podawaniu alkoholikowi kolejnych drinków w nadziei, że może dzięki temu w końcu wytrzeźwieje...

Po drugie, cierpiałam z powodu braku szacunku wobec Bożych praw. Przekonałam samą siebie, że jestem po prostu kochającą matką, która pomaga będącej w potrzebie córce. Bo skoro mam pieniądze, a ona nie, to czy nie powinnam jej dać? Odpowiedź wydaje się oczywista, a jednak... Takie postępowanie jest niewłaściwe i nieuczciwe.

Próbowałam ominąć Boże prawo zasiewu i zbioru nie dlatego, że nie chciałam narażać Tamary na cierpienie, ale dlatego, że sama nie chciałam cierpieć. Bo gdy mojej córce jest źle, mi też jest źle.

A cierpień miałam w tamtym czasie pod dostatkiem: żałoba po stracie Jerry’ego, miłości mojego życia, z którym spędziłam 47 lat; zdrada nieetycznego, młodego wspólnika Jerry’ego, który był dla nas jak syn, a którego czyny zmusiły mnie do szukania pomocy prawnej i „tułania się” po adwokatach przez dwa lata od śmierci męża, bo ów wspólnik próbował odebrać mi należne 50 % udziału w firmie; i w końcu, „przeprawa” z nieuczciwym podwykonawcą budowlanym, który oszukał mnie na 700 dolarów, realizując pewne zlecenie dotyczące niewielkiego domu, do którego musiałam się przeprowadzić, bo nie stać mnie było na spłacanie rat hipotecznych za nasz duży dom nad jeziorem. Czy nie dość już miałam zgryzot?

Nie chciałam przysparzać sobie jeszcze większych cierpień. Dlatego łatwiej mi było po prostu dawać córce te pieniądze i przynosić ulgę zarówno sobie, jak i jej... dopóki miałam z czego dawać.

W efekcie, robiłam wszystko, by Tamara nie „zastanowiła się” i nie „wejrzała w siebie”: położyłam w jej zagrodzie dla świń piękny, puszysty dywan, ściany okleiłam kolorową tapetą i zainstalowałam klimatyzację, po czym regularnie przysyłałam odświeżacze powietrza, by w zagrodzie przyjemnie pachniało.

Boże broń, by mojej córce było niewygodnie w sytuacji, w którą sama się wpakowała! Ale Bóg nie będzie przed tym nikogo bronił, wręcz przeciwnie; On liczy na to, że takim ludziom będzie niewygodnie.

Pomimo uścisku w żołądku i palącego bólu w sercu, wiedziałam, co powinnam zrobić – i usilnie się modliłam, zanim wykonałam ten ruch.

KASA ZAPOMOGOWO-POŻYCZKOWA ZAMYKA PODWOJE

Gdy następnym razem spotkałam się z córką, oznajmiłam, że już więcej jej nie pożyczę. Otwarcie i z miłością przekazałam Tamarze to, co Bóg mi objawił – że muszę Mu ją powierzyć i „puścić gałąź”.

- Bóg przypomniał mi – powiedziałam – że tak jak ty powinnaś być odpowiedzialna w gospodarowaniu swoimi finansami, tak i ja powinnam być odpowiedzialna w gospodarowaniu moimi. Co będzie, gdy skończą mi się pieniądze?

(Nieraz używałam wobec niej tego argumentu, jednak na razie moim prawdziwym problemem nie był brak pieniędzy, ale fakt, że chciałam pełnić w życiu córki rolę Boga, próbując obejść JEGO prawa.)

- Tamarko – kontynuowałam – mam 74 lata, a jeśli tak dalej pójdzie, to już niedługo będę musiała wrócić do pracy. A Bóg wcale tego nie chce. On ma dla mnie inny, konkretny plan – bym nadal przemawiała i pisała. I ma też konkretny plan dla ciebie, do którego z pewnością nie należy ciągłe bycie na garnuszku u mamy.

Szczerze mówiąc, córka rzadko otwarcie prosiła mnie o pieniądze. Nie musiała. Po prostu bardzo sugestywnie przedstawiała mi obraz tego, jak strasznie jej się żyje... A ja, nie chcąc cierpieć z powodu świadomości jej beznadziejnych warunków życiowych, proponowałam pomoc finansową. I Tamara wiedziała, że to zrobię. Ale teraz jestem już od tego wolna, „puściłam gałąź”.

- Kochanie – kontynuowałam – nie mogę posyłać ci więcej pieniędzy, dlatego proszę, nie dzwoń i nie opowiadaj, że brakuje ci na to czy na tamto, że twoja lodówka świeci pustkami i że nie wiesz, z czego zapłacisz za gaz. Kocham cię i serce mi się kraje, kiedy tego słucham, a teraz... nie będę mogła ci już więcej pomagać. Dałam Bogu słowo.

Po chwili dodałam:

- Jeśli masz jakąś konkretną potrzebę, nie mów mi, co to jest; Bóg o tym wie. Po prostu powiedz: „Mamo, proszę, pomódl się za mnie”.

Od tamtej pory nie dałam jej ani pensa. Któregoś razu córka nie wytrzymała i wspomniała, że prawdopodobnie będzie musiała się wyprowadzić, ale nie ma dokąd. I że jej sytuacja mieszkaniowa jest beznadziejna, naprawdę fatalna... Zaczęła płakać, że „został jej tylko samochód; zawsze to jakiś kawałek dachu nad głową”.

Ale ja nie zamierzałam powielać dawnego schematu i przywracać do życia tamtej niezdrowej zależności. Wiecie, co powiedziałam?

- Kochanie, nie musisz się martwić, że wylądujesz na ulicy. W Kalifornii jest wiele doskonałych schronisk. Nadal możesz mieć samochód, nocować w schronisku, a w ciągu dnia pracować.

- Nie pójdę do żadnego schroniska! – wykrzyknęła.

- Rozumiem twój sprzeciw – rzekłam łagodnie. – Z pewnością będzie ci trudno zrezygnować z wielu rzeczy i spać na łóżku polowym obok innych bezdomnych kobiet, ale przynajmniej będziesz bezpieczna, czego nie można powiedzieć o mieszkaniu w samochodzie.

Nie było łatwo, ale postąpiłam tak, jak powinnam.

Czy Tamara stała się odpowiedzialna? Tego jeszcze nie wiem. Wiem za to, że ufam Bogu bezgranicznie. Jeśli córka nie „oprzytomnieje” i skończy w schronisku dla bezdomnych, nadal będę Mu ufać i szanować Jego prawo zasiewu i zbioru, nie próbując naruszać rządzących nim zasad. Nie będę wchodzić Bogu w drogę.

Nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo bolała mnie świadomość, że Tamarze jest tak ciężko. Ale im bardziej Bogu ufałam, tym mniejszy był ten ból.

Bóg to Najlepszy Lekarz – doskonale wie, że cierpimy, i wie, czego nam potrzeba. Dlaczego zatem odrzucamy Jego zalecenia, ukierunkowane na uśmierzenie tych cierpień, i nie chcemy „puścić gałęzi”? I robimy to bez względu na to, co czyni nas tak nieszczęśliwymi – sytuacja naszych dzieci, czy może coś innego. Jesteśmy słabi, dlatego potrzebujemy Bożej siły, by Mu zaufać i przyjąć Jego rozwiązanie dla trapiących nas problemów. W Ewangelii Jana 15,5 Jezus powiedział: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi obfity owoc, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić”.

Jeśli mamy wrażenie, że nasze wysiłki są bezowocne – i jeśli czujemy się zbyt słabi, by mimo wszystko z nich zrezygnować i przyjąć Boże rozwiązanie – być może nie trwamy w Winorośli.

Jeśli ktokolwiek z was zmaga się z problemem utrzymywania swoich dorosłych dzieci, albo jeśli znacie kogoś, kto ma taki problem, polecam wspaniałą książkę Allison Bottke, Setting Boundaries with Your Adult Children. (Kupiłam ją na Amazon.com.)

Płakałam już przy pierwszym rozdziale, czytając o bólu, z jakim Allison odcinała łączącą ją z synem „finansową pępowinę”, odmawiając wpłacenia za niego kaucji, gdy ten trafił do aresztu.

Allison pisze (s. 57):

Pozwolenie swoim dorosłym dzieciom na to, by wiodły życie, jakie Bóg dla nich zamierzył, nie jest równoznaczne z ich porzuceniem – nawet, jeśli dzieje się to w krytycznym dla nich momencie, gdy sprawy nie układają się po ich myśli.

Z OSTATNIEJ CHWILI:

W maju, zaledwie kilka dni po poprowadzeniu tego seminarium, zostałam poddana ciężkiej próbie, gdy Tamara zadzwoniła do mnie w stanie graniczącym z histerią. W powodzi słów wyrzuciła z siebie, że w jej samochodzie zepsuł się układ kierowniczy, pojechała do warsztatu, usłyszała, że naprawa będzie kosztować 1200 dolarów, więc chciała odjechać, ale jej nie pozwolili, bo to zbyt niebezpieczne. Starsza, zniedołężniała kobieta, u której wynajmuje pokój w zamian za sprzątanie, powiedziała, że ma się wyprowadzić, ale ona nie ma dokąd i nie ma pieniędzy na wynajem. Nie ma też za co naprawić samochodu i nie ma czym dojeżdżać do klientów, u których sprząta. Jest naprawdę w rozpaczliwej sytuacji. Serce mi zamarło.

Stwierdziła, że może „wyskrobać” około 400 dolarów, i czy nie pożyczyłabym jej reszty... Tak bardzo chciałam to zrobić! Ale wtedy przypomniałam sobie, co jeszcze niedawno mówiłam podczas seminarium, i jak obiecywałam Bogu, że nie będę wchodzić Mu w drogę... Dotarło do mnie, że nie mogę córce pomóc. Moja dusza wyła z bólu, ale powiedziałam „nie”. Długo tego dnia rozmawiałyśmy. Przypomniałam Tamarze o Bożych obietnicach, że Pan nigdy jej nie opuści, itd. Próbowałam podtrzymać ją na duchu, choć tak naprawdę nie wiedziałam, czy ktokolwiek (nawet sam Bóg) jest w stanie wydobyć ją z tej beznadziei. Mimo wszystko, pomodliłam się z nią i zachęcałam, by bez reszty Bogu zaufała.

Gdy rozmawiałyśmy tydzień później, nie wierzyłam własnym uszom! Bóg rzeczywiście jest wszechmogący! Właścicielka mieszkania, Veronica, pozwoliła córce zostać, a nawet zaoferowała 200 dolarów pożyczki na naprawę samochodu. Tamara zapłaciła jej synowi, by woził ją do klientów. Przyłączyła się też do niewielkiej wspólnoty w lokalnym kościele. Gdy liderka wspólnoty dowiedziała się o sytuacji córki, zaproponowała odholowanie samochodu do swojego osobistego mechanika, gdyż 1200 dolarów wydało jej się ceną zbyt wygórowaną. Ten obejrzał usterkę i stwierdził, że usunie ją za 900 dolarów. A oto prawdziwy cud: gospodyni oznajmiła, że pokryje koszty naprawy, a córka będzie jej zwracać w miesięcznych ratach! Tamara wcale ją o to nie prosiła; zamierzała zapłacić mechanikowi tamte 400 dolarów, a resztę rachunku uregulować stopniowo (jeśli mechanik się na to zgodzi). Córka była w szoku! Od razu dała kobiecie część pieniędzy i nie musiała nawet podpisywać weksla, zabezpieczającego kolejne raty.

Jeszcze nigdy nie słyszałam Tamary tak szczęśliwej.

- Mamo, miałaś rację! – przyznała podekscytowana. – Teraz już wiem, że mogę we wszystkim Panu zaufać i w pełni na Nim polegać. On chce, żebym była finansowo odpowiedzialna, bym Mu ufała, a nie była zależna od ciebie.

- Kochanie, nie masz pojęcia, jak się cieszę – rzekłam z ogromną ulgą. – Mnie też to bardzo pomaga, gdy wiem, że mogę Bogu zaufać i nie wtrącać się w twoją sytuację finansową. A właśnie tego On ode mnie oczekuje.

Od tamtej pory minęło już ponad sześć miesięcy. Tamara często przysyła mi e-maile i wiem, że w końcu jest szczęśliwa. Ma teraz do siebie znacznie większy szacunek, niż kiedykolwiek przedtem. Zdaję sobie sprawę z tego, że całkowita zmiana jej postawy, prowadząca do wykształcenia w córce dojrzałej odpowiedzialności, wymaga dłuższego czasu, ale to już nie moje zmartwienie. Wreszcie puściłam tę finansową gałąź i jestem wolna!

Epilog:

Tamara zadzwoniła do mnie w Nowy Rok 2011 i oto, od czego zaczęła:

- Mamo, dziękuję, że przestałaś mnie ratować. Gdybyś tego nie zrobiła, nigdy nie poznałabym radości płynącej z doświadczenia Bożej pomocy, ani radości bycia z Nim tak blisko. Wiem, że było ci bardzo trudno odmówić mi pomocy, kiedy cię o nią błagałam, i jestem ci ogromnie wdzięczna, że zdobyłaś się na ten krok.

Płakałam po cichu ze szczęścia, słuchając słów, o których usłyszeniu nigdy nawet nie marzyłam. Przed Tamarą jeszcze długa droga, zanim stanie się osobą w pełni odpowiedzialną i podejmującą mądre decyzje dotyczące własnego utrzymania. Nie wiem, co ją w przyszłości czeka, ale za to wiem, kto ma kontrolę nad tą przyszłością i w czyich rękach znajduje się życie zarówno jej, jak i moje. I dziękuję Bogu, że czyni mnie zdolną do podążania za Jego głosem.