Przeżyć bez pensji? – Magda

Do pewnego momentu, nasze życie jako rodzinki było finansowo stabilne i gładkie. Roman dobrze zarabiał a ja nie musiałam przejmować się liczeniem wydatków i zastanawiać czy są niezbędne. Potem Roman musiał zmienić pracę. Chciał założyć własną firmę, ale ja byłam przeciwna. Nie wyobrażałam sobie ponoszenia ryzyka braku stałego, comiesięcznego wpływu na konto. Dlatego Roman przyjął ofertę z dużej firmy, która dawała gwarancję stabilności (całkiem niechrześcijańskie myślenie), choć poziom jego zarobków był o połowę niższy. Dostosowanie wydatków domowych do nowej sytuacji zajęło mi ok. pół roku. Udało się, choć nie bez długów i osiągnęliśmy nowy poziom stabilizacji. Wiedzieliśmy już, że ma urodzić się Jaś, kiedy w pracy u Romana zarządzono redukcję etatów, zwolniono go i ponownie stanęliśmy przed decyzją co dalej. Tym razem - z wielkimi oporami, ale stabilnym przeświadczeniem, że Pan Bóg chce, abyśmy tak zrobili - zdecydowaliśmy się na założenie własnej firmy. Roman nie miał potencjalnych stałych klientów ani żadnych zleceń na początek. Chociaż byliśmy przekonani, że postępujemy zgodnie z wolą Pana Boga dla nas, pomimo ustawicznych starań, Roman nie dostał żadnego dużego zlecenia ani stałej pracy w innej firmie przez następnych 15 miesięcy (czyli całe życie naszego Jasia).

Na początku było to straszne –widziałam wokół siebie dziesiątki potrzeb – w domu, dla dzieci, jedzeniowych – na które nie było pieniędzy. Uczyłam się powoli, opornie i z bólem, że większość potrzeb musi pozostać niezaspokojona i to zarówno te dotyczące jedzenia, nowych ubrań czy butów jak i te związane z leczeniem dzieci. Np. Jaś wymagał rehabilitacji od 3 miesiąca życia. Każda wizyta płatna. Podjęłam decyzję, że nie będę przychodzić tak często jak sugerował lekarz a w pewnej chwili wyraźnie odczułam, że nie muszę już więcej przychodzić. Było to ryzykowanie zdrowiem Jasia, ale w modlitwie zdecydowałam, że już wystarczy.

Nasz współczesny świat wywiera na nas ogromną, znacznie przewyższającą pułap uświadamiany, presję potrzeb. Czy dzieci muszą zjeść Danonka i frytki w McDonald? Czy na nową porę roku potrzebuję nowych butów? Czy mój dom koniecznie musi być wykończony i urządzony od podjazdu, aż po strych, abym zaczęła przyjmować gości? Może dzieci jednak nie dostana szkorbutu jedząc jabłka zamiast bananów ani nagłego odwapnienia kości jeśli codziennie nie ma jogurtu?

Nauczyliśmy się jako rodzina czekać i przyjmować radośnie niespodzianki od Pana Boga. Kiedy wyobrażasz sobie, że coś koniecznie potrzebujesz, to wydajesz pieniądze z konta lub nawet pożyczasz, bo musisz, i kupujesz to. Kiedy nie masz pieniędzy ani żadnych perspektyw na przyszły dochód (bo kto wie, jak długo Pan Bóg będzie trzymał swoją ciężką rękę na nas) wtedy czekasz na cud od Pana Boga i z wdzięcznością przyjmujesz to, co się zdarzy. Cuda są świadectwem, że On czuwa, ale również wskazówką, co naprawdę jest niezbędne, a co może poczekać. Bo wtedy On decyduje, które potrzeby zaspokoi. Np. dostaliśmy specjalną niespodziankę, żebyśmy mogli pójść do kina na nasz ‘kościelny’ seans Opowieści z Narni!

W czasie kryzysu nie pozwoliliśmy sobie na odłożenie ‘na potem’ Bożych zasad : nadal płaciliśmy za bilety w komunikacji miejskiej, podatki i dziesięcinę a próbowaliśmy przeżyć za resztę. Nie zrezygnowaliśmy też z żadnej dotychczas prowadzonej formy służby. Moja modlitwa w tym okresie była częsta, krótka i zwięzła: „Ty Panie dopuściłeś, Ty widzisz co się z nami dzieje – to teraz ratuj!”

Jednak postawa pełnego zaufania Bogu i czekania, aż On zaspokoi nasze potrzeby przyszła dopiero w sytuacji długotrwałego kryzysu. Nie potrafiłam zmienić moich codziennych nawyków i pułapu moich wydatków inaczej niż pod przymusem sytuacji. Nie chciało mi się, bo było mi wygodnie i miło. Wiem jednak, że życie, którego się nauczyliśmy jest lepsze i zdrowsze – zarówno z duchowego jak i z ludzkiego punktu widzenia. Pogłębiły się dobre relacje między nami, cała sytuacja zbliżyła nas do Boga, pokazała nam na konkretnych, realnych zdarzeniach z życia, że On jest, czuwa nad nami i zaspokaja wszelkie nasze potrzeby. Było to widoczne zarówno dla mnie i Romana jak i dla naszych starszych dzieci. Stwierdziły one kiedyś, że może nie mają teraz wszystkiego, ale tak jest fajniej! Sytuacja zbliżyła nas też razem jako rodzinę. To, że Roman mógł ponad rok przebywać w domu z dziećmi był ogromnym błogosławieństwem dla ich wzajemnych relacji, docierania się i poznawania swoich potrzeb. Do dziś, nasz prawie 2-letni Jaś, woła na pomoc najpierw tatę a potem mamę!

Oczywiste jest, że nie życzę nikomu takiego kryzysu, ale myślę, że jest wiele rodzin, które nie wyobrażają sobie braku podwójnych dochodów z pensji, bo wydaje im się, że nie są w stanie przeżyć bez tych pieniędzy. I nawet potrafią to naukowo udowodnić na kalkulatorze. My sprawdziliśmy na własnej rodzinie, że można! Gorąco zachęcam Was – w uczciwej rozmowie z Panem Bogiem sprawdźcie swoją motywację. Co Was pcha do bycia 10-12 godzin poza domem? Co powoduje, że wyjeżdżacie służbowo nawet na kilka dni, niekiedy w weekendy? Czy naprawdę pieniądz i wszystko, co za niego można mieć jest ważniejsze od bycia z własnymi dziećmi i współmałżonkiem? Czy naprawdę Pan Bóg będzie spał i nie poradzi sobie z wyratowaniem nas, jeśli zrezygnujemy ze zbyt absorbującej pracy? Panu Bogu na pewno nie zależy na tym żebyśmy ‘mieli’. Zależy Mu na naszej dojrzałości wewnętrznej i na relacjach, które budujemy z innymi ludźmi – to jest trwałe, to wzmacnia i buduje Jego Królestwo na ziemi, to wyróżnia chrześcijan od wszelkich innych religii czy kultur i z tego w ostateczności zostaniemy rozliczeni w Niebie: czy trzymaliśmy za rękę chorego, czy pomogliśmy potrzebującemu, czy wysłuchaliśmy z uwagą pytań naszego dziecka i czy poszliśmy do kina ze współmałżonkiem.

Dobrze jest mieć stałą pracę i pensję, ale jeszcze lepiej jest mieć i budować dobre relacje z ludźmi wokół nas. A kiedy budujemy Jego Królestwo, On już zatroszczy się o prowiant i zaopatrzenie. Macie nas jako żywy dowód!

Magdalena Adamiec

Notka biograficzna

Rodzinka Adamców składa się z Magdaleny i Romana oraz przyrostu naturalnego w liczbie 4: Bogusia (14 lat), Kuba (12), Mateusz (5), Jaś (2). Decyzję, że Pan Jezus Chrystus będzie naszym Panem, Zbawicielem i przewodnikiem w naszym życiu podjęliśmy prawie jednocześnie ok. 20 lat temu. Oboje po studiach inżynierskich na Wydz. Elektroniki PW a w życiu zawodowym zajmujemy się bazami danych, telekomunikacją i internetem. Od kilku lat jesteśmy członkami Społeczności Chrześcijańskiej Północ i Chrześcijańskiego Klubu Motocyklowego „Boanerges” a w miarę naszych możliwości czasowych angażujemy się również w różne służby w kościele jak szkółka niedzielna czy księgarnia.