Przejść zwycięsko przez trudności - Majka

Czytałam kiedyś, że depresja jest skutkiem szczególnego sposobu myślenia.

Jestem przekonana, że to prawda. Te same okoliczności w życiu jednych ludzi prowadzą do stanu głębokiego przygnębienia, u innych zaś są impulsem, mobilizacją do wzięcia się w garść i do pracy nad pokonywaniem tych trudności, które innych mogłyby tylko załamać.

Ja jestem melancholikiem.

Mój mąż twierdzi, że melancholik to najgorszy temperament ze wszystkich 4 temperamentów.

Myślę, że może mieć rację. Nazywany jest przecież czarnym temperamentem, lub wprost czarnym charakterem.

Tak więc jestem czarnym charakterem.

Melancholicy wszystko czarno widzą. Potrafią wszystkim się zamartwiać. Są pesymistami i prawie zawsze mają złe przewidywania i złe przypuszczenia.

Melancholik często czuje się wyobcowany. Jest też perfekcjonistą, więc nic go nie zadowala.

Nic z tego nie jest mi obce.

Doprawdy nie wiem, jak moje życie wyglądałoby bez Boga i do czego mój temperament, czyli moja natura mogłaby mnie doprowadzić, gdyby nie Bóg.

Ponad 20 lat temu oddałam swoje życie Bogu. Zaprosiłam Go przez modlitwę do mojego życia, jako wynik świadomej decyzji.

Przyjęłam Boży dar – Jego Syna – Jezusa Chrystusa – jako mojego Pana i Zbawiciela. Jako kogoś, kto będzie mnie prowadził w życiu, będzie mi sterem i okrętem.

Początkowo nie rozumiałam jeszcze, co tak naprawdę oznacza, czym jest życie z Bogiem na co dzień.

Miałam na ten temat różne wyobrażenia. Wiedziałam tylko, że Bóg ma być w moim życiu najważniejszy.

I chciałam, żeby tak było.

Przeczuwałam, że będę musiała zostawić w życiu wszystko co sprawia mi radość i co lubię. Świat mnie pociągał, było tyle wspaniałych rzeczy, wcale nie chciałam się z nimi rozstawać raz na zawsze.

Nie rozumiałam, że Bóg nie chce nam tego wszystkiego odebrać, chce tylko, żebyśmy nie byli niewolnikami czegokolwiek. Chce, abyśmy byli wolnymi ludźmi.

Gdy kurczowo się czegoś trzymamy, gdy w naszym życiu jest coś, bez czego nie możemy żyć, cokolwiek by to nie było: dobra materialne, jakaś pasja, namiętności, inny człowiek – cokolwiek – stajemy się niewolnikami tego. Bóg chce, abyśmy byli wolni.

Gdy rozluźniamy uścisk mówimy: mogę bez tego żyć – stajemy się wolni. Możemy cieszyć się tą rzeczą, ale jako już wolni ludzie.

Bóg uczy nas zaufania do siebie. Pokazuje w swoim słowie: oto taki jestem, daje bardzo dużo różnych obietnic, mówi: kocham cię, nigdy cię nie opuszczę, będę zawsze z tobą. „Choćby ojciec i matka cię opuścili, jednak Ja (Pan) cię przygarnę”.

Najtrudniej było mi uwierzyć, że Bóg kocha mnie bez zastrzeżeń, bezwarunkowo. Oczywiście intelektualnie wierzyłam w to, chciałam w to wierzyć. Ale emocjonalnie nie byłam w stanie tego przyjąć.

Może dlatego, że moja mama była bardzo wymagająca zarówno w stosunku do siebie jak i do innych. Zawsze krytyczna. Toteż w dorosłym życiu nigdy nie potrafiłam być z siebie zadowolona. Jakkolwiek bym coś zrobiła, byłam pewna, że można to zrobić lepiej.

Dzisiaj wiem, że Bóg kocha mnie bezwarunkową miłością. Bóg nie stawia żadnych warunków, otwiera swoje ramiona i mówi: kocham cię taka jaka jesteś, nieważne co kiedyś zrobiłaś i jak.

Jest ktoś, kto kocha nas najbardziej na świecie, jak nikt inny, kto akceptuje nas w pełni, takimi jakimi jesteśmy i nic nie może spowodować, że przestanie nas kochać. Zna nas lepiej, niż my sami siebie, rozumie nas i akceptuje.

To Bóg jest tą osoba. Poświęcił dla nas swojego Syna, aby nas ze Sobą pojednać. Czy chcemy Bogu na to odpowiedzieć? Czy można się wahać, czy naprawdę chcę, żeby Bóg był w moim życiu najważniejszy, pozwolić Mu prowadzić się, oddać Mu ster.

Zostaliśmy stworzeni i powołani do tego, aby żyć w przyjaźni z Bogiem. On chce by naszym przyjacielem. Jezus Chrystus umarł, aby nas pojednać z Bogiem.

Gdy oddałam swoje życie Bogu, On z całą łagodnością i cierpliwością uczył mnie zaufania do Siebie.

Zaufania, które polega na poddawaniu się Jego woli. U mnie był to proces bardzo powolny.

Dzisiaj ufam Bogu już nie dlatego, ze ktoś mi o Nim opowiedział lub że gdzieś przeczytałam o Nim.

Moje zaufanie do Boga opiera się na moim własnym, osobistym doświadczeniu. Osobiście zobaczyłam i doświadczyłam Jego działania w różnych sytuacjach w moim życiu.

Ludzie będą nas zawodzić i rozczarowywać, ale nie Bóg.

W ciągu tych 20 lat nigdy nie zawiodłam się na Nim.

Gdyby nie trudne doświadczenia nigdy nie poznałabym, jaki jest Bóg, nigdy nie mogłabym wypróbować Jego obietnic i nigdy nie zobaczyłabym, jak bardzo Go potrzebuję.

On jest Bogiem wszelkiej pociechy i rzeczywiście pociesza w każdym utrapieniu.

Kiedy urodziła się moja trzecia córka, w 8 miesiącu ciąży jako wcześniak, w krótkim czasie okazało się, że przestaje oddychać. Miała niewykształcone płuca. Została przewieziona do innego szpitala, ponieważ w tym, gdzie się urodziła nie było odpowiedniego sprzętu medycznego do ratowania takich dzieci.

Lekarz kazał przygotować się na najgorsze. Powiedział, ze nawet jeśli córka przeżyje prawdopodobnie nigdy nie będzie normalnym dzieckiem. Jej płuca nigdy nie będą normalnie pracować.

Przez tydzień przebywała na oddziale intensywnej terapii i walczyła o życie.

To był chyba najgorszy tydzień w moim życiu.

Co wtedy myślałam?

Płakałam, czułam się bezradna, nie mogłam nic zrobić żeby ratować swoje dziecko.

Czy rzeczywiście? Mogłam się modlić.

Często mówimy lub słyszymy: mogę się tylko modlić. Tylko?

Myślę, że to jest największa rzecz jaką możemy zrobić.

Po raz pierwszy tak jasno uświadomiłam sobie, że wszystko zależy tylko od Boga.

On był moją jedyną nadzieją. Prosiliśmy wszystkich przyjaciół w Chrystusie o modlitwę. Modlili się nawet ludzie, których nie znamy osobiście.

Ale musiałam zadać sobie jedno pytanie. Czy Jego wolą będzie utrzymanie mojej córki przy życiu? A jeśli nie?

W końcu musiałam przyznać, że chociaż dla Boga nie ma nic niemożliwego, to jednak On jest Bogiem i to On decyduje.

Nie było to łatwe.

Bóg zadziałał jednak w cudowny sposób. Nie tylko pozwolił jej żyć, ale całkowicie ją uzdrowił. Takie dzieci leżą miesiącami w szpitalu, ona mogła po 10 dniach wyjść do domu. Pani doktor prowadząca powiedziała: Nie rozumiem tego. To jest pierwszy taki przypadek. To nie dzieje się tak szybko.

Dzisiaj moja córka ma 11 lat, jest wesołym dzieckiem, rozwija się bardzo dobrze i jest bardzo zdolna.

Nie wiem, jak przeszłabym przez to wszystko gdyby nie Bóg. On pokazał, że troszczy się o nas, że mogę na Nim polegać.

Doświadczyłam tego również 2 lata później, gdy miałam operację serca. Przez cały czas czułam Jego obecność. To Bóg zatroszczył się o najlepszy szpital i najlepszego lekarza.

Po kolejnych 2 latach zachorowałam na raka piersi. Obecnie dużo mówi się i pisze na temat nowotworów. Ale wtedy, w 1996 roku nic o tej chorobie nie wiedziałam.

Nie znałam nawet słowa onkolog.

Moja starsza o 5 lat siostra powiedziała, że ma potwierdzonego badaniem raka piersi.

W tydzień później stwierdziłam u siebie guzek w piersi.

Moje badania nie były jednak jednoznaczne. Przez kilka miesięcy po omacku szukałam właściwego lekarza. Czterech kolejnych lekarzy twierdziło, że to nic takiego. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć słów histopatologa, który robił mi biopsję, że mogę sobie spać spokojnie.

Ale ja nie miałam w tym pokoju. Co by było, gdybym mu wtedy uwierzyła? Wolałam wierzyć Bogu, wiedziałam, ze brak pokoju pochodzi od Boga. Nie umiem tego wyjaśnić, po prostu wiedziałam.

Operacje miałam dwa miesiące po mojej siostrze.

Gdy już mieliśmy 100% pewność co do mojej choroby, że jest to rak piersi, mojemu mężowi trudno było to przyjąć. Dla mnie jednak najgorszy był ten pierwszy okres niepewności, kiedy miotałam się po omacku od lekarza do lekarza, od badania do badania.

Jestem Bogu wdzięczna, że nie pozwolił mi “spać spokojnie”, że dał mi przekonanie, aby drążyć temat.

Miałam pewność, że zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić.

Reszta nie zależy ode mnie.

Nagle wiele rzeczy straciło na ważności.

Właściwie myślałam tylko o dzieciach, że jestem im potrzebna i prosiłam Boga abym mogła żyć ze względu na nie.

Moja siostra już nie żyje. Zmarła rok temu, przerzuty zaatakowały kości i wątrobę.

Moje wyniki na razie są dobre.

Myślę o tym jak kruche jest życie i czy rzeczywiście koncentrujemy się w nim na tym, co najważniejsze.

Te wszystkie doświadczenia nie były łatwe, ale zbliżyły mnie do Boga, ponieważ przeżyłam je razem z Nim. Nie musiałam przez to wszystko przechodzić sama, przerażona i bezradna.

Bóg zmieniał i zmienia moje myślenie, moje widzenie świata, innych ludzi, a przede wszystkim widzenie siebie samej.

Chciałabym zacytować słowa Pascala, który powiedział, że: „Szczęście nie znajduje się ani w nas, ani poza nami: jest w naszym zespoleniu z Bogiem.”

To prawda. Nie można celu swojego życia skupiać tylko wokół życia ziemskiego, wokół drobnych (a choćby i dużych), lecz przemijających spraw.

Trzeba pamiętać o rzeczach wielkich, nieprzemijających, o Chrystusie, który przerzucił pomost nad przepaścią oddzielającą nas od Boga. Umarł, aby pojednać nas z Bogiem.