Źródło mojej nadziei – Małgorzata

Zaczęłam się głębiej zastanawiać nad pojęciem nadziei dopiero wtedy, gdy mając niecałe 42 lata poważnie zachorowałam i nie wiedziałam, czym się moja choroba skończy. Wszystkie moje nadzieje, plany na przyszłość i marzenia stanęły pod znakiem zapytania. Uświadomiłam sobie, jak trudno jest żyć, kiedy się traci nadzieję. Bardzo pragnęłam odzyskać ją na nowo, a drogą moich poszukiwań i tym, co odkryłam chcę się podzielić ze wszystkimi, którzy się znajdują w podobnej sytuacji. Chcę opowiedzieć o tym, jak znalazłam nadzieję w cierpieniu i co jest źródłem mojej nadziei, a także pokazać, że nasze życie, mimo trudności i dramatów, jakie często przeżywamy, może być piękne, pełne celu i trwałej wartości.

Co to jest nadzieja? Słownik języka polskiego definiuje ten termin jako: „Oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego, ufność, że to się spełni.” (Słownik języka polskiego, PWN, Warszawa 1978). Nadzieja potrzebna jest człowiekowi do życia. Kiedy tracimy nadzieję, nasze życie traci sens.

Władysław Tatarkiewicz, w swojej książce „O szczęściu”, napisał: „Kto ma jakiekolwiek widoki na przyszłość, jakąkolwiek NADZIEJĘ - chociażby nie miał aktualnie nic, co by mu w życiu dawało zadowolenie - nie jest naprawdę nieszczęśliwy. Prawdziwym nieszczęściem jest tylko BEZNADZIEJNOŚĆ”. (Władysław Tatarkiewicz O Szczęściu, Wiedza-Zawód-Kultura, Tadeusz Zapiór i Ska, Kraków 1949, str. 114, wyróżnienie autora).

Przez ostatnie 14 lat mieszkałam w Rosji, kraju, gdzie często czuje się beznadziejność. Trudna historia tego narodu - najpierw poddaństwo azjatyckim władcom, później despotyczna władza carów, a w końcu 80 lat komunizmu pozbawiły ludzi nadziei na lepszy byt, na to, że może być inaczej. Nie walczą o poprawę sytuacji, są zrezygnowani i przytłoczeni. W innych narodach - amerykańskim, polskim, a także w społeczeństwach europejskich widać więcej nadziei pobudzającej do pozytywnych przemian.

Narody i jednostki różnie postrzegają nadzieję. Dobrym tego przykładem jest amerykański film pt. „Znaki”. Obraz ten, choć niezbyt ambitny i dość prosty, niesie ważne przesłanie. Bohaterem jest duchowny, który traci nadzieję, kiedy jego żona ginie tragicznie, potrącona przez ciężarówkę. W rozmowie ze swoim bratem wypowiada on takie słowa: „Ludzie dzielą się na dwie grupy. Kiedy los się do nich uśmiecha, ludzie w pierwszej grupie widzą to jako coś więcej niż szczęśliwy zbieg okoliczności. Widzą to jako ZNAK, dowód, że jest ktoś tam na górze, kto się o nich troszczy. Ludzie w drugiej grupie widzą to jako przypadek, po prostu uśmiech losu. Gdzieś w głębi duszy czują, że cokolwiek się zdarzy, są zdani tylko na siebie. I to napełnia ich obawą. Są tacy ludzie. Ale jest też sporo ludzi w piewszej grupie. Widzą oni cuda w tym, co się wydarza. W głębi duszy czują, że cokolwiek się stanie, będzie ktoś, kto im pomoże i to napełnia ich nadzieją”.

Warto zadać sobie pytanie: „ Do której grupy ludzi należę? Czy jestem osobą, która widzi dookoła znaki, cuda, czy też uważam, że ludziom się po prostu czasem szczęści?”. Można też zadać to pytanie nieco inaczej: „Czy jest możliwe, że nie ma przypadków, nie ma zbiegów okoliczności?”.

Z rozmowy, którą zacytowałam z filmu wynika, że nadzieja pierwszej grupy ludzi wypływa z przekonania, iż życiem nie rządzi przypadek; że istnieje ktoś, kto kieruje naszym losem i nawet wtedy, kiedy dzieje się coś złego, możemy wierzyć w dobre zakończenie.

Film, o którym wspomniałam, kończy się szczęśliwie. Bohater odzyskuje nadzieję. To dobre zakończenie jest też dowodem na to, że Amerykanie mają więcej nadziei niż Polacy czy Rosjanie, których filmy zazwyczaj kończą się tragicznie.

Wracając do tych dwóch grup, do której z nich byś się zakwalifikowała? Ja osobiście należę do pierwszej grupy ludzi, czyli do tych, którzy widzą dookoła siebie cuda, wierzą w opiekę kogoś tam na górze i to napełnia ich nadzieją. W rozważaniu tym pragnę przedstawić odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wierzę i na czym opieram swoją nadzieję.

Moje dotychczasowe życie jest przykładem tego, że nic nie dzieje się „tak po prostu”. Różne sytuacje życiowe, które nam się przydarzają, są jakby przez kogoś zaplanowane z góry i wykorzystane do czegoś w naszym życiu. Choć może nam się wydawać, że sploty wydarzeń są przypadkowe, tak naprawdę tworzą one logiczną, celową całość.

To, że skończyłam szkołę średnią z rozszerzonym programem języka rosyjskiego i to, że później poszłam na filologię angielską, może się komuś wydać przypadkiem.Te dwa zdarzenia odegrały jednak znaczącą rolę w moim życiu. Dzięki znajomości języka angielskiego poznałam Amerykanów, a jeden z nich został moim mężem. Znajomość języka rosyjskiego była mi potrzebna, kiedy 14 lat temu przeprowadziliśmy się do Rosji. Nie przypadkiem skończyłam rosyjską szkołę i nie przypadkiem skończyłam anglistykę. MOIM ŻYCIEM NIE RZĄDZI PRZYPADEK.

Kiedy byłam w szkole średniej, dużo się nad tym zastanawiałam. Ludzka egzystencja, jeśli przypadkowa, wydawała mi się jakimś potwornym żartem. Myślałam, że my, ludzie, jesteśmy w gorszej sytuacji niż zwierzęta, bo uświadamiamy sobie bezsens swojego istnienia.

Niemiecki filozof Hegel stwierdził, że „istotą duchowości jest samoświadomość. Człowiek jest istotą duchową, dążącą do rozpoznania celu swojego istnienia”. Zastanawiałam się, czy jednak można ten cel poznać. Jest wiele systemów filozoficznych i różne światopoglądy. Który z nich ma rację? Czy jest jakaś jedna, obiektywna prawda, na której można oprzeć swoje życie i która da nam trwałą nadzieję? A może ludzie w drugiej grupie, ci, którzy wierzą w przypadek, mają rację?

Pamiętam, że mój kuzyn podarował mi Pismo Święte z cytatem rozmowy Jezusa z Piłatem. Piłat zapytał Jezusa: „Cóż to jest prawda?”. (Ewangelia wg św. Jana 18,38.). Ciekawostką jest dla mnie to, że kiedy przeprowadziliśmy się do Moskwy, w jednej z galerii odkryłam obraz pod tym właśnie tytułem, przedstawiający rozmowę Jezusa z Piłatem. W ten drobny sposób potwierdziła się jakby nieprzypadkowość naszej przeprowadzki. Rozważania o prawdzie i ta słynna rozmowa były przecież motywem przewodnim mojego życia.

Kiedy dostałam Pismo Święte, próbowałam je czytać, ale niewiele z niego rozumiałam i szybko odłożyłam je na bok. Po moim pierwszym roku anglistyki mój kuzyn zaproponował mi wyjazd na obóz chrześcijański, tzw. „Oazę”, a ja, zainteresowana nie programem obozu, a jego miejscem, gdyż był w górach, chętnie pojechałam.

Był to przełomowy etap w moim życiu. Poznałam tam Amerykanów z ruchu Campus Crusade for Christ i dzięki nim nawiązałam osobistą więź z Bogiem. Zostałam tlumaczką dla jednego z nich, a on zaczął naszą znajomość ciekawym pytaniem. Zapytał, co się ze mną stanie, jeśli umrę nagle następnego dnia. Nie umiałam udzielić mu odpowiedzi. O życiu po śmierci myślałam w kategoriach nagrody lub kary. Wierzyłam wtedy, że otrzymam nagrodę, to znaczy wstęp do raju, jeśli moje dobre uczynki przeważą nad złymi. Moment śmierci wydawał mi się jednak tak odległy w czasie, że aż nierealny. Nigdy bym nie uwierzyła, gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że kiedy skończę 40 lat, to będę walczyć z poważną chorobą - rakiem i że popatrzę śmierci w oczy.

Wtedy, na obozie, nie myślałam o śmierci. Usłyszałam po raz pierwszy o tym, że Bóg mnie kocha i ma plan dla mojego życia. Moja grzeszność oddziela mnie jednak od Niego i nie mogę w pełni doświadczyć ani Jego miłości, ani Jego planu dla mojego życia. Z powodu grzesznej natury zasłużyłam na śmierć, na wieczne odłączenie od Boga. Bóg jednak w swojej miłości pragnie bliskiego związku ze mną i chce dać mi życie w wiecznej więzi z Nim. Mogę pojednać się z Bogiem i zacząć życie z Nim, jeśli zaakceptuję śmierć Jezusa za moje grzechy i zaproszę Go do swojego życia. Pismo Święte mówi, że Jezus umarł za nas, to znaczy zamiast nas, aby otworzyć nam drogę do Boga. Kiedy uznajemy swoją grzeszność i Jego zastępczą ofiarę za nas i zapraszamy Go do swojego życia, aby był naszym Zbawicielem i Panem, On przebacza nasze grzechy i rozpoczyna w nas nowe życie, które będzie trwało wiecznie.

Rozważając te słowa, zrozumiałam nagle pytanie mojego amerykańskiego kolegi. Stało się dla mnie jasne, że to, co stanie się z nami po śmierci nie zależy od tego, ile dobrych uczynków spełniliśmy, bo nawet najbardziej moralny człowiek ma grzeszną naturę, która oddziela go od Boga. Życie wieczne z Bogiem po śmierci jest oparte na naszym wyborze zastępczej ofiary Jezusa za nas tu, na ziemi. Jeśli ją przyjmiemy, otwiera się przed nami wieczność z kochającym nas Ojcem, który posłał swojego Syna na śmierć dla nas, abyśmy mogli żyć wiecznie z Nim w niebie.

Słowa Jezusa, który powiedział o sobie „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (Ewangelia wg św. Jana 14,6), po raz pierwszy naprawdę mnie poruszyły i dały poczucie, że dotarłam do bezpiecznej przystani. Oto otrzymałam odpowiedź na pytania o prawdę i sens życia. Jezus, Syn Boży, objawił mi się jako absolutna prawda, drogowskaz i cel. Dokonałam wyboru, aby zaprosić Go w modlitwie do swego życia i nawiązałam z Nim osobistą więź, a On zaczął zmieniać mnie i moje życie.

Tak jak mój wyjazd na obóz nie był przypadkiem, nie było też przypadkiem to, że poznałam Amerykanów. Świadectwo ich życia i miłości do Boga wywarły na mnie duże wrażenie i sprawiły, że zapragnęłam służyć Bogu tak jak oni. Pragnienie to wpłynęło na to, że po skończeniu studiów zaczęłam pracować w Ruchu Nowego Życia i służyłam Bogu, najpierw w Polsce, a przez ostatnie 14 lat w Moskwie.

Kiedy patrzę na swoje życie widzę cuda. Widzę, jak Bóg realizuje swój plan dla mojego życia. Jego wola dla mnie obejmuje wiele dobrych darów. Mam kochającego męża i udane dzieci. Wiele podróżowałam i zwiedziłam sporo pięknych krajów. Mam najlepszą na świecie pracę, w której robię to, co mnie pasjonuje, pomagając ludziom znaleźć drogę do Boga. Moja przeprowadzka do Rosji, której tak bardzo się bałam, także przyniosła wiele błogosławieństw. Oprócz pracy dającej wielką satysfakcję odkryłam nowe pasje - malarstwo i jazdę na nartach.

Wszystkie te rzeczy to część Bożego planu dla mojego życia. Jestem Mu za nie wdzięczna i widzę w nich Jego troskę o mnie. Jego plan obejmuje jednak nie tylko dobre, ale i złe chwile. Życie jest przedziwnym splotem złych i dobrych rzeczy. Zło i dobro biegną po równoległych torach.

Jak każda z nas, doświadczyłam też wielu trudności i rozczarowań. Czy były one przypadkowe? Jak sobie radzić, kiedy spotykają nas trudności, jak pośród nich znaleźć nadzieję? Czy należy uznać je za pech i sięgać po rady zaklinaczy i wróżbiarzy? Tak robią przesądni Rosjanie. Gdy spotyka ich coś złego, idą do narodowych szamanów, aby odczarować zły urok i „rozpiąć parasol ochronny” nad swoim losem. Usiłują w ten sposób odzyskać nadzieję i kontrolę nad swoim życiem. Kiedy bowiem przydarza nam się coś złego, chwytamy się różnych rzeczy, aby nie poddać się rozpaczy.

W moim życiu były sytuacje, w których z łatwością straciłabym nadzieję, gdyby nie to, że dokonałam wyboru, aby należeć do pierwszej grupy ludzi. Pamiętacie? To ci, którzy wierzą w nadprzyrodzoną opiekę kogoś tam na górze.

Najtrudniejszym doświadczeniem, przez jakie przeszłam, zadając sobie pytanie, czy naprawdę jest ktoś, kto się mną opiekuje, doświadczeniem pełnym zmagań i wątpliwości, była moja dwukrotna walka z rakiem.

Osiem lat temu odkryłam u siebie guza piersi i zwróciłam się do ginekologa w rosyjskiej klinice dla cudzoziemców. Lekarka skierowała mnie na mammografię, ale nie rozpoznała trafnie jej wyniku. Powiedziała mi, że zmiany w piersi spowodowane są zwłóknieniami i że nie muszę się martwić. Odetchnęłam z ulgą, ale kiedy powiedziałam o tym znajomym Rosjankom, zachęciły mnie, abym poszła do innego lekarza uzyskać jeszcze jedną opinię. Mąż mówił to samo. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić, więc otworzyłam książkę telefoniczną i jakby „przypadkiem” znalazłam lekarkę mammologa, która skierowała mnie na dalsze badania.

Tak się złożyło, że mój mąż był wtedy w Stanach, kiedy ja siedziałam na korytarzu rosyjskiej przychodni czekając na wyniki badań. Kiedy lekarz wyszedł, aby mi powiedzieć, że mam raka, nie mogłam wprost uwierzyć, że słyszę te słowa i że jestem w tej sytuacji zupełnie sama. Jaką mogłam mieć wtedy nadzieję? Nie było przy mnie nikogo bliskiego, kto mógłby mnie wesprzeć psychicznie. Czy był ktoś tam na górze, kto się mną opiekował?

Ponieważ już wcześniej powierzyłam Bogu swoje życie, w tej trudnej sytuacji zwróciłam się do Niego o pomoc. Mogę powiedzieć, że naprawdę doświadczyłam Jego opieki. Choć przeżyłam szok, strach i ból związane z tak poważną chorobą, to widziałam też Boże działanie i Jego plan w tym wszystkim. Miałam przeświadczenie, że prowadzi mnie w tym i że kierując mnie do właściwego lekarza po drugą opinię uratował mnie od śmierci. Amerykańskie statystyki mówią, że jedna osoba na cztery zachoruje w swoim życiu na raka. Choroba ta staje się coraz bardziej powszechna. Ale ja miałam dopiero 42 lata, kiedy zachorowałam po raz pierwszy. W mojej rodzinie nie było takich przypadków, karmiłam troje dzieci piersią, tak więc logicznie rzecz biorąc nie byłam w grupie wysokiego ryzyka. W pewnej medycznej ksiażce przeczytałam, że przypadek taki, jak mój trafia się jeden raz na 200 tysięcy.

To zwiększało powagę sytuacji, a z powodu agresywności guza nie dawano mi wielu szans na przeżycie. Przeszłam operację i na szczęście nie znaleziono komórek rakowych w węzłach chłonnych i nie odkryto przerzutów. Kiedy jednak czekałam na wyniki analizy patologicznej, było to jak czekanie na wyrok - czy będę żyć. Pamiętam, że nie mogłam spać tej nocy i modliłam się, aby Bóg dał mi jakąś pociechę. Przyszły mi wtedy do głowy słowa: ”Bóg jest dobry i godny tego, aby Mu ufać”. Uspokojona tą myślą usnęłam, a następnego dnia otrzymałam pomyślne wyniki.

Widziałam Bożą opiekę i działanie także później, kiedy dał mi siłę, aby przechodzić jednocześnie naświetlanie i chemioterapię. W tym czasie przeprowadzaliśmy się trzy razy, mieszkając w różnych miejscach i doświadczając różnych, mniejszych i większych trudności. Wyniosłam z tego okresu wiele cennych przemyśleń. Bóg użył tego doświadczenia, abym zrozumiała, jak kruche i krótkie jest nasze życie. Uświadomiłam też sobie, jak bardzo się mylę myśląc, że mam kontrolę nad swoim życiem. Zrozumiałam, że tak naprawdę nie mamy w ogóle władzy nad tym, co się dzieje.

Po zakończeniu leczenia wróciłam do normalnego życia i miałam nadzieję, że moja choroba nie powróci. Doczekałam już prawie pięciu lat po leczeniu, tego ważnego momentu, kiedy lekarze mówią, że rak jest w remisji. Nie twierdzą, że pacjent jest wyleczony, bo tak naprawdę tego nie wiedzą. Dlatego choroba rakowa jest tak podstępna, że nigdy nie wiadomo, czy znowu nie zaatakuje. Jeśli ktoś zachorował na raka, to żyje z myślą, że rak może wrócić, dać przerzuty i skończyć się bolesną śmiercią. Trudno jest żyć z tą ciągłą niepewnością jutrzejszego dnia, szczególnie gdy jest się matką trojga dzieci, mającą poczucie odpowiedzialności za ich los i bezpieczeństwa.

Niepewność jutra najdobitniej mąci nam, pacjentom onkologii, spokój, kiedy coś nas boli. Natychmiast pojawia się myśl o nawrocie choroby - zwykły ból gardła wzbudza podejrzenia o coś dużo poważniejszego i spędza nam sen z powiek. Każde kolejne badanie lekarskie, każda mammografia to powód do przeżycia strachu i niepewności. Jednakże, z upływem kilku lat od chwili zachorowania, poczułam się bardziej pewna i z większym optymizmem patrzyłam w przyszłość.

Nie przyniosła ona jednak upragnionego zwycięstwa. Po raz drugi znowu zachorowałam na raka 3 lata temu i był to cios dużo gorszy od poprzedniego. Nie mogłam wprost uwierzyć, że jednego dnia czułam się zdrowa i żyłam normalnie po to, by następnego znaleźć się w świecie śmiertelnie chorych. Mówię „śmiertelnie chorych”, gdyż pamiętałam słowa lekarza, który powiedział, że jeśli zachoruję po raz drugi, będzie to wyrok śmierci. Później okazało się jednak, że słowa te nie były prawdą.

Zdecydowaliśmy się na leczenie w Stanach, aby być blisko naszych starszych dzieci. Nie znaliśmy jednak nikogo w mieście, gdzie był szpital, nie mieliśmy gdzie mieszkać i wiedzieliśmy, że będziemy musieli znaleźć nowych lekarzy, mieszkanie, samochód i przygotować się do spędzenia dłuższego czasu w Stanach.

Był to okres napiętych do granic wytrzymałości nerwów i dramatycznych wydarzeń. Bóg jednak zaopiekował się nami i sprawił, że w ciągu trzech dni po przybyciu do Stanow mieliśmy mieszkanie, samochód i znaleźliśmy lekarzy. W zamieszaniu pełnym strachu, stresu i niepewności pamiętam, że widziałam jednak palec Boży w tym, że pozwolił nam spokojnie zakończyć rok szkolny - ostatni rok liceum dla naszego syna - zanim odkryłam raka. Byłam też wdzięczna Bogu za to, że zdążyliśmy jeszcze pojechać na krótkie rodzinne wakacje, zanim spadł na nas cios mojej kolejnej choroby.

Kiedy jednak perspektywa powtórnej operacji, chemioterapii i naświetlania stała się rzeczywistością, czułam się tak, jakbym straciła grunt pod nogami. Pośród całego zamieszania, w jakim byłam, zaczęłam się zastanawiać nad wieloma rzeczami. Ponieważ zachorowałam po raz drugi, choć miałam nadzieję na wyzdrowienie, zaczęłam wątpić w to, czy rzeczywiście jest ktoś tam na górze, kto się mną opiekuje. Zaczęłam myśleć, że moja choroba jest przypadkiem. Niektórzy ludzie mówili mi: „Żyjemy w świecie pełnym tragedii i smutku”. Przypominało to egzystencjalną maksymę mówiącą, że cechą ludzkiego istnienia jest troska, trwoga i śmierć. Słyszałam takie słowa jak „Choroby są naturalną częścią naszego życia, nie trzeba mieszać do tego Boga”. Ale ja myślałam, że przecież Bóg jest w moim życiu - czy możliwe jest to, by działo się coś poza Jego wiedzą i wolą? Jeśliby tak było, to oznaczałoby to, że albo nie ma On władzy nad tym co się dzieje w moim życiu, albo mnie nie kocha.

O Jego miłości do mnie przekonywała mnie męka i śmierć Jego Jedynego Syna. Czy mogę być przekonana również o Jego wszechwładzy? Mógł przecież uchronić mnie przed chorobą, ale dopuścił, abym zachorowała. Mógł mnie cudownie wyleczyć, ale tego nie zrobił.

W moich wątpliwościach co do wszechwładzy Boga zwróciłam się do Jego Słowa. W Księdze Hioba czytamy: „Lecz On [trwa] przy jednym: a kto to zmieni? Co postanowi w duszy, to wykona. Wykona, co mi wyznaczył, jak mnóstwo spraw w swoim sercu” (23, 13-14). Słowa te potwierdzają Boży plan dla naszego życia i nieprzypadkowość naszych losów. Kiedy czytałam Biblię, widziałam, że wszechwładza Boga obecna jest w sposób mniej czy bardziej jawny na prawie wszystkich stronicach.

W Lamentacjach czytamy: „Któż rzekł i stało się, gdy Pan tego nie nakazał? Czyż nie pochodzi z ust Najwyższego i niedola, i szczęście?” (3,37-38). Pismo Święte uczy, że zarówno dobre jak i złe rzeczy pochodzą od Boga. Wielu ludzi obraża się na te prawdy. Trudno im zaakceptować fakt, że dobry Bóg może dopuścić nieszczęścia i tragedie. Dochodzą do wniosku, że może wcale Go nie ma. Kiedy cierpimy fizycznie i psychicznie, zadajemy sobie takie pytania. Czy jest Bóg? Czy jest wszechwładny? Czy mnie kocha? Dlaczego pozwala, bym cierpiała?

Moje cierpienia były zarówno fizyczne jak i psychiczne. Chemioterapia sprawiła, że czułam się słaba i męczyły mnie nudności. Wykonanie najprostszych czynności było trudnością prawie nie do pokonania. Nawet mówienie było dużym wysiłkiem. Zastrzyki dla podwyższenia ilości białych ciałek krwi powodowały stan nerwowości. Odczuwałam z jednej strony słabość, z drugiej poczucie rozdygotania, niemożność usiedzenia na miejscu, miałam kłopoty z koncentracją, czytaniem czy oglądaniem TV. Garściami wypadały mi włosy.

Cierpienia psychiczne i duchowe były równie dotkliwe. Zmagałam się z myślami o tym, że jeśli Bóg kieruje moim życiem, to dlaczego pozwala na cierpienie. Myśli o tym, że moja choroba jest przypadkiem, ślepym zrządzeniem losu, doprowadzały mnie do rozpaczy. Jeśli bowiem jest przypadkiem, to nic nie uchroni mnie przed kolejnym nieszczęściem. Byłam w tym wszystkim bardzo zagubiona i wtedy pomogła mi książka Jerry’ego Bridgesa pt. Trusting God Even When Life Hurts, w której pokazuje on kontrolę Boga nad wszystkimi sytuacjami w naszym życiu.

Jerry Bridges mówi o Bożej opatrzności i o tym, że kiedy używamy tego terminu, to zazwyczaj błędnie myślimy tylko o dobrych przejawach losu. Mówimy np. „opatrzność sprawiła, że znalazłam lekarza, który wyleczył moje dziecko”. Nie mówimy „opatrzność sprawiła, że miałam wypadek samochodowy”. Mówiąc o opatrzności tylko w wybranych sytuacjach pokazujemy, że Bóg interweniuje w sposób wybiórczy w naszym życiu, od czasu do czasu, zajmując przeważnie pozycję obserwatora. Nasza postawa pokazuje, że albo jesteśmy kowalami własnego losu, albo ofiarami nieszczęśliwych okoliczności czy złych ludzi.

Historycznie jednak, Kościół zawsze rozumiał Bożą opatrzność jako odnoszącą się do Jego opieki i kontroli nad całym Jego stworzeniem, przez cały czas. Można zdefiniować opatrzność, jako „stałą opiekę Boga i Jego absolutną kontrolę nad stworzeniem, dla swojej chwały i dla dobra swoich ludzi”. Mowa tu o stałej opiece, absolutnym panowaniu nad całym stworzeniem. Nic, nawet najmniejszy wirus, nie umyka Jego kontroli.

Św. Augustyn napisał: „Nic się nie dzieje, jeśli Wszechwładny nie sprawi, żeby to się stało. Albo pozwala, albo sprawia, aby coś się stało”. Inny myśliciel stwierdził: „Nic nie jest za małe albo za duże, aby wymknąć się spod Bożej kontroli. Zarówno pająk snujący swą pajęczynę, jak i wojska maszerujące na wojnę są pod Jego kontrolą”.

Jezus powiedział w Ewangelii wg św. Mateusza: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (10,29-31). Według Jezusa, Bóg kieruje wszystkim, nawet najbłahszymi wydarzeniami, nawet życiem i śmiercią bezwartościowego wróbelka. Jeśli ma On władzę nad wróblami, z pewnością panuje też i troszczy się o życie swoich dzieci! W ciągu swojego ziemskiego życia Jezus uleczał chorych i wskrzeszał zmarłych. Ten, kto stworzył ciało, z pewnością ma władzę je uleczyć. I dzisiaj dokonuje cudów uzdrowienia.

Czytając Jego słowo uświadomiłam sobie, że moja choroba, ani pierwsza ani druga, nie była przypadkiem. Pozwolił na nią wszechwładny Bóg, który kieruje moim życiem. Dlaczego jednak na nią pozwolił? Oto drugie pytanie, na które szukałam odpowiedzi. Dlaczego Bóg pozwala na cierpienia?

Za tak sformułowanym pytaniem kryje się pewien system wartości. System ten mówi, że celem mojego życia tu, na ziemi, jest osiągnięcie szczęścia. Będę do tego dążyć za wszelką cenę, zaspokajając swoje niższe i wyższe potrzeby. Larry Crabb w książce pt. Shattered Dreams, co można przetłumaczyć jako „Roztrzaskane marzenia”, pisze o tym w ten sposób: „Problem polega na tym, że zakładamy, iż jesteśmy na tym świecie tylko dlatego, aby było nam dobrze. Chcemy doświadczać przyjemności, mieć udane życie, dobre małżeństwo, miłe dzieci, lukratywną posadę”. Kiedy wszystko idzie dobrze, nie myślimy o rzeczach ostatecznych, nie zastanawiamy się nad przyszłością.

Każda z nas jednak napotyka i będzie czasem napotykać trudności i przeżywać ból. Może to być nieudane małżeństwo lub rozczarowanie związane z brakiem partnera, zbuntowane dzieci, trudne stosunki, niepowodzenia finansowe. Wielu ludzi przeżywa rozpacz niespełnionych marzeń, niesprawiedliwość czy smutek z powodu utracenia kogoś bliskiego czy samotność. Z trudem godzimy się na takie koleje losu. Wszystkie te rzeczy wywołują w nas ból i zdziwienie. „Jak to? Przecież miało być wszystko dobrze, dlaczego mnie to spotkało? Jeśli Bóg jest, kocha mnie i kieruje wszystkim, to dlaczego zsyła cierpienie i niszczy moje marzenia?”

Myślę, że nasz bunt przeciwko trudnym sytuacjom w życiu wynika z tego, że nie uświadamiamy sobie, po co zostaliśmy stworzeni i co może dać nam prawdziwe szczęście. Bóg pozwala na cierpienia, bo chce powiedzieć: „Życie ci dane jest czymś więcej niż okazją do realizacji twoich pragnień”. Myślimy, że potrzebujemy do szczęścia wielu rzeczy, a tak naprawdę najbardziej potrzebujemy Boga. Życie jest okazją do poznania Go - Tego, który cię stworzył, abyś mogła żyć z Nim wiecznie. Nosisz w sobie Jego obraz, On stworzył Cię w wyjątkowy sposób, abyś przez swą unikalną osobowość i charakter przynosiła Mu chwałę przez wypełnienie Jego wyjątkowego planu w twoim życiu. Poznanie Boga i odzwierciedlanie Jego chwały jest największym szczęściem.

Dopiero kiedy rozpadają się nasze marzenia, zaczynamy zadawać decydujące pytania o sens życia, o to, czy jest ktoś, kto nim kieruje, czy ktoś się o nas troszczy. Zaczynamy szukać odpowiedzi, i wtedy znajdujemy Boga. Roztrzaskane marzenia są najcenniejszymi błogosławieństwami, gdyż pozwalają nam odkryć prawdziwą nadzieję. A ta prawdziwa nadzieja, która trwa pośród rozbitych marzeń, niezależnie od okoliczności, jest tylko w Bogu.

Ja odnalazłam ją na nowo, w czasie walki z rakiem, wśród pytań i wątpliwości. Jeszcze raz zrozumiałam, że nie mogę pokładać nadziei tylko w tym życiu. To Bóg jest tym, który daje prawdziwą nadzieję, On jest źródłem życia i źródłem nadziei. Jest Bogiem miłości, a wszystko, co robi, robi zgodnie ze swoim charakterem, pełnym dobroci, mądrości i sprawiedliwości. Zrozumiałam też dobitnie, że jeśli to życie jest wszystkim, co istnieje, to kiepsko wygląda nasza sytuacja. Bo wydaje się, że wszystko idzie dobrze, aż któregoś dnia słyszymy z ust lekarza słowa „To rak” i czujemy, że ziemia usuwa nam się spod nóg.

Żyjemy na ogół tak, jakby w ogóle nie było śmierci. Odsuwamy od siebie myśl, że może ona przyjść w każdej chwili. Wszystkie pragniemy „normalnego”, szczęśliwego życia: zdrowia, dobrej pracy, zrozumienia i wsparcia innych. Nie zdajemy sobie sprawy, że zostałyśmy stworzone do czegoś więcej, że nasze marzenia są za małe, a nadzieje za kruche. Bóg rozbija nasze marzenia, abyśmy przyszły do Niego i odkryły prawdziwy cel naszego życia, otrzymały prawdziwą nadzieję. Bez cierpienia zesłanego nam przez opatrzność nie zdajemy sobie sprawy z tego wszystkiego.

Bóg zniweczył moje pragnienie, aby być zdrową i cieszyć się dobrym samopoczuciem po to, bym zrozumiała, że nie moje zdrowie lecz ON jest ŹRÓDŁEM NADZIEI. Nadzieja, jaką On daje jest czymś więcej niż nadzieją na poprawę sytuacji czy na wyzdrowienie, na lepsze perspektywy finansowe czy bardziej udane małżeństwo. Jaką bowiem może mieć nadzieję mój znajomy, którego córka zginęła w akcie terrorystycznym w Izraelu, albo mój przyjaciel z Rosji, który niedawno temu dowiedział się, że rak znowu zaatakował i że nie ma dla niego ratunku. Obaj moi znajomi ufają jednak Bogu w obliczu tych tragedii. Od Niego czerpią pociechę i wsparcie.

Nigdy nie zapomnę rozmowy z parą małżeńską, która straciła jedynego syna w wypadku. Nawet w obliczu tak wielkiego nieszczęścia nie załamali się, wierząc we wszechwładzę i opiekę Boga. To On był tym, który ich podtrzymał i przeprowadził przez tę tragedię. Z drugiej strony, małżeństwo niewierzących ludzi, którzy też stracili jedynego syna zupełnie się załamało, pozbawione nadziei. Nadzieja, jaką tylko Bóg może dać wychodzi poza ramy tragicznych wydarzeń, poza ramy ziemskiego życia i prowadzi w wieczność.

Na początku mojego rozważania wspomniałam o dwóch grupach ludzi. Pierwsza grupa to ci, którzy widzą cuda i mają nadzieję, że jest ktoś tam na górze, kto im dopomoże. Druga grupa to ludzie traktujący życie jako zbieg okoliczności, żyjący bez trwałej nadziei. Przyjrzyjmy się teraz tej drugiej grupie.

Ludzie ci negują istnienie Boga - kogoś, kto kieruje światem i ich losem. Szczycą się tym, że zawierzyli swojemu rozumowi i nie muszą szukać nadziei w Bogu. Są panami swojego życia i myślą, że w obliczu nieszczęścia jakoś dadzą sobie radę. Ernest Hemingway, amerykański pisarz, jest przykładem takiego człowieka. Próbował znaleźć szczęście w tym życiu, a kiedy mu się to nie udało, wyczerpawszy swoje możliwości, skończył samobójstwem, pozbawiony nadziei. Do grupy tej można zaliczyć także ludzi, którzy popadli w różne uzależnienia, jak alkoholizm czy narkotyki - prawdopodobnie z powodu utraty nadziei. Większość ludzi w drugiej grupie to jednak tzw. „mocni”, twardzi ludzie, którzy w sobie samych i swoich siłach pokładają ufność. Żyją oni zazwyczaj z dnia na dzień, uganiając się za przemijającymi rzeczami, nie pytając o sens istnienia i dopiero kiedy spotyka ich tragedia, śmiertelna choroba lub nieszczęście, to albo zadają pytania, na które nie ma odpowiedzi, albo trwają w samooszukiwaniu.

Kiedy przechodziłam chemioterapię i naświetlania, spotykałam kobiety z drugiej grupy ludzi. Jak dawały sobie radę te kobiety chore na raka? Ich sposobem na przetrwanie było pozytywne myślenie, powtarzanie sobie kilka razy na dzień: „Jestem zdrowa, będę uleczona, muszę tylko myśleć o pozytywnych rzeczach, a wszytko będzie dobrze”. Strategia ta dawała im złudną nadzieję, która w końcu musiała rozwiać się w chwili nawrotu choroby. W ostatecznym momencie, momencie śmierci, na co mogą mieć nadzieję ludzie w drugiej grupie?

Powiedziałam, że należę do pierwszej grupy ludzi. Zaufałam Bogu i opieram się na obietnicach Jego słowa. Wierzę, że nie ma przypadków, nie ma zbiegów okoliczności. Moja choroba, tak pierwsza jak i druga, nie była przypadkiem. Pozwolił na nią Bóg i dzięki niej zrozumiałam, na czym polega prawdziwy sens naszego życia tu na ziemi. Życie to jest darem od Niego, okazją do poznania Go i odzwierciedlenia Go przez swoje życie.

Francuski filozof i fizyk Blaise Pascal wypowiedział kiedyś takie słowa: „Życie przypomina swoistą grę hazardową, od której uchylić się nie można. Zakładając istnienie Boga, traci się niewiele - pewne racje rozumu oraz odrzucony przez chrześcijaństwo sposób życia (zakłamanie, nienawiść itd.) - zyskać zaś można wieczność bytu i nieskończone szczęście. Przyjmując Jego nieistnienie traci się wszystko, a zyskuje mało: pełne niedoli i rozterek życie ateisty. Opłaci się więc żyć tak, jakby Bóg istniał - tym bardziej, że jest możliwość podejrzeć karty w tej grze (np. dzięki Pismu Św.)”.

Podejrzyjmy więc karty w tej grze i zobaczmy, co mówi Pismo Święte. Bóg w swoim słowie obiecał nam życie wieczne. 1 List św. Jana 5,10-13: „Kto wierzy w Syna Bożego, ten ma w sobie świadectwo Boga; kto nie wierzy Bogu, uczynił Go kłamcą, bo nie uwierzył świadectwu, jakie Bóg dał o swoim Synu. A świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu. Ten, kto ma Syna, ma życie, a kto nie ma Syna Bożego, nie ma też i życia. O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne”.

Dzisiaj, gdyby ktoś zadał mi to samo pytanie, które po raz pierwszy usłyszałam na obozie ponad 25 lat temu - co się ze mną stanie, jeśli nagle umrę - odpowiedziałabym: „Bóg mówi, że jeśli mam Syna, mam życie wieczne. Nie ma innej drogi, nie ma innej nadziei. On czuwa nade mną i opiekuje się mną. Jest Bogiem, Stwórcą wszechświata, planet i gwiazd, nieba i ziemi. Słońca i deszczu. Dnia i nocy. Wody i ognia, zwierząt i ludzi. Wszystko, co mam, Jemu zawdzięczam. ON JEST ŹRÓDŁEM MOJEJ NADZIEI, nadziei nie tylko w tym życiu, ale i w przyszłym. Po przejściu dwukrotnej walki z rakiem żyję ze świadomością, że mogę umrzeć na raka. Może to być za dwa lata albo za dwadzieścia. Wiara w Boga daje mi jednak nadzieję, że jakkolwiek by nie było, On będzie się o mnie troszczył, bo jestem Jego dzieckiem. Nie umrę ani o chwilę wcześniej, ani później niż On na to pozwoli.

Mam też ufność, że moje życie nie zakończy się śmiercią. Wierzę, że po śmierci zacznie się nowe życie. C. S. Lewis, angielski pisarz i filozof, autor m.in. „Opowieści z Narnii”, napisał: „Jeśli odkryjemy w sobie pragnienie, którego nic na tym świecie nie zdoła zaspokoić, to powinniśmy się zastanowić, czy może nie zostaliśmy stworzeni dla innego świata” ( C.S. Lewis Chrześcijaństwo po prostu). Pragnienie, o którym mówi C.S Lewis, to pragnienie szczęścia, które może dać tylko Bóg . On naprawdę stworzył nas dla innego świata. Życie na ziemi jest tylko przedsionkiem naszego prawdziwego mieszkania.

Bóg obiecał nam życie wieczne w swoim Synu. Obiecał także życie obfite tu na ziemi dla tych, którzy Go znają. Obiecał również, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (List do Rzymian 8,28). Powiedział, że nigdy nas nie opuści. Jego obietnice dotyczą Jego dzieci. Czy stałaś się Jego dzieckiem przez podjęcie decyzji, aby zaprosić Go do swojego życia? Jeśli tak, to Jezus, Syn Boży, jest w Twoim życiu, należysz do pierwszej grupy ludzi i możesz mieć trwałą nadzieję. Jeśli nie masz Syna, nie masz życia, jak mówi Pismo Święte.

Być może, czytając ten tekst, stwierdziłaś, że należysz do drugiej grupy ludzi, a chciałabyś znaleźć się w pierwszej - w grupie dzieci Bożych, żyjących w bliskiej więzi z Nim i czerpiących od Niego nadzieję. Dzisiaj możesz podjąć decyzję o tym, by do tej grupy należeć, by należeć do Boga i uzyskać trwałą nadzieję. Możesz zwrócić się do Niego w modlitwie, wyznając swój grzech kierowania swoim życiem, buntu lub obojętności w stosunku do Boga. Możesz teraz zaakceptować fakt, że Jezus umarł, aby przebaczyć twoje grzechy i otworzyć ci drogę do Boga. Możesz zaprosić Go do swojego serca i stać się Jego dzieckiem. W Apokalipsie św. Jana czytamy następujące słowa wypowiedziane przez Jezusa: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną” (3,20).

Pan Jezus stoi u drzwi twojego serca. Chce być obecny w twoim życiu, prowadzić cię, pomagać i dawać trwałą nadzieję. Zwróć się dzisiaj do Niego w prostej modlitwie i poproś Go o to, aby wszedł do twojego serca i zmienił twoje życie. Możesz to zrobić zwracając się do Boga słowami następującej, przykładowej modlitwy:

„Panie Jezu, bardzo Cię potrzebuję. Dziękuję za to, że umarłeś na krzyżu, ponosząc karę za moje grzechy. Wierzę w Ciebie, otwieram drzwi mojego życia i przyjmuję cię jako mojego Zbawiciela i Pana. Dziękuję za przebaczenie moich grzechów i dar życia wiecznego. Przejmij kierownictwo nad moim życiem i uczyń mnie taką, jaką chcesz, abym się stała. Amen”.

Jeśli zwróciłaś się do Boga w takiej modlitwie, możesz być pewna, że Chrystus wszedł do twojego serca, przebaczył twoje grzechy i nigdy cię nie opuści. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach będzie z tobą, aby cię wspomagać i dawać nadzieję.

Jestem Mu tak wdzięczna za Jego obecność w moim życiu i za to, jak mi pomaga. Od mojej ostatniej choroby minęły 4 lata i mam nadzieję, że rak już więcej nie wróci. Muszę się jednak często poddawać badaniom kontrolnym i niedawno widmo choroby znowu zajrzało mi w oczy, kiedy odkryto w moich płucach podejrzane zmiany. Zaczęłam ponownie myśleć o raku i prosić innych o modlitwę za mnie. Wtedy jedna z moich przyjaciółek przesłała mi artykuł znanego pisarza chrześcijańskiego Johna Pipera pt. „Nie zmarnuj swojego raka”. Spojrzenie autora na chorobę z innej perspektywy, jego wiara i mocne przekonanie o tym, co jest w życiu najważniejsze bardzo mi pomogły i dały nadzieję. Zachęcam do przeczytania tego artykułu, który zamieszczam poniżej.

© Copyright 2006 Małgorzata Stiff

NIE ZMARNUJ SWOJEGO RAKA John Piper

Piszę te słowa w przeddzień operacji na raka prostaty. Wierzę w Bożą moc uzdrawiania - przez cud lub medycynę. Wierzę, że właściwie i dobrze jest modlić się zarówno o jedno jak i drugie. Rak nie jest zmarnowany, jeśli uleczy go Bóg. To On otrzymuje wtedy chwałę i właśnie dlatego rak istnieje. Tak więc zmarnowalibyśmy swojego raka, jeśli nie modlilibyśmy się o uzdrowienie. Ale uzdrowienie nie jest Bożym planem dla wszystkich. A jest wiele sposobów, na które można zmarnować swojego raka. Modlę się za siebie i za was, abyśmy nie zmarnowali tego bólu.

1. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI NIE BĘDZIESZ WIERZYĆ, ŻE ZOSTAŁ ON ZAPLANOWANY DLA CIEBIE PRZEZ BOGA.

Nie wystarczy powiedzieć, że Bóg tylko używa naszego raka, ale go nie planuje. Jeśli Bóg do czegoś dopuszcza, to ma ku temu powody. Wynika to z Jego planu. Jeśli Bóg widzi, że jakieś komórki zamieniają się w komórki rakowe, może ten proces zatrzymać albo nie. Jeśli go nie zatrzyma, ma w tym jakiś cel. Ponieważ Bóg jest nieskończenie mądry, właściwe jest nazwanie tego celu planem. Szatan istnieje naprawdę i jest autorem wielu przyjemności, a także bólu. Ale jego działanie nie jest ostateczne. Tak więc kiedy dotyka Hioba wrzodami (Księga Hioba 2,7), Hiob przypisuje to ostatecznie Bogu (2,10), a autor pod natchnieniem Ducha Świętego zgadza się z nim: „pocieszali go z powodu nieszczęścia, jakie na niego zesłał Pan” (42,11). Jeśli nie wierzysz, że twoj rak został zaplanowany dla ciebie przez Boga, zmarnujesz go.

2. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ WIERZYŁ, ŻE JEST ON PRZEKLEŃSTWEM, A NIE DAREM.

„Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia” (List do Rzymian 8,1).

„Z tego przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił - stawszy się za nas przekleństwem” (List do Galatów 3,13).

„Bo Pan Bóg jest słońcem i tarczą, Pan chojnie darzy łaską i chwałą, nie odmawia dobrodziejstw żyjącym nienagannie” (Psalm 84,12).

3. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ CZERPAŁ POCIECHĘ ZE STATYSTYK, A NIE OD BOGA.

Planem Boga co do twojego raka nie jest to, aby cię wyszkolić w racjonalistycznym, ludzkim liczeniu szans na przeżycie. Świat czerpie pociechę ze statystyk. Chrześcijanie patrzą na to inaczej. Niektórzy liczą swoje wozy (procent tych, którzy przeżyją), inni liczą swoje konie (objawy uboczne leczenia), ale my ufamy imieniu PANA, naszego Boga (Psalm 20,8). Boży plan jest jasny według 2 Listu do Koryntian 1,9: „Lecz właśnie w samych sobie znaleźliśmy wyrok śmierci: aby nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych”. Bóg dał raka między innymi w tym celu (a tych celów jest dużo więcej), aby usunąć podpórki z naszych serc - abyśmy polegali całkowicie na Nim.

4. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ ODSUWAŁ OD SIEBIE MYŚLI O ŚMIERCI.

Wszystkich nas czeka śmierć, jeśli Jezus opóźni swoje powtórne przyjście. Niemądre byłoby nie zastanawiać się nad tym, jak to będzie opuścić to życie i spotkać Boga twarzą w twarz. Księga Koheleta 7,2 mówi: „Lepiej jest iść do domu żałoby niż do domu wesela, bo w tamtym jest koniec każdego człowieka, i człowiek żyjący bierze to sobie do serca”. Jak możesz to sobie wziąć do serca, jeśli nie będziesz o tym myślał? Psalm 90,12 mówi: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca”. Liczyć dni to znaczy zdać sobie sprawę z tego, jak mało ich jest i z tego, że się skończą. Jak możesz osiągnąć mądrość serca, jeśli nie będziesz o tym myślał? Jak wiele marnujemy nie myśląc o śmierci.

5. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ MYŚLEĆ, ŻE POKONANIE GO OZNACZA POZOSTANIE PRZY ŻYCIU RACZEJ NIŻ PIELĘGNOWANIE TWOJEJ RELACJI Z CHRYSTUSEM.

Plan Boga i plan szatana co do twojego raka to dwie różne rzeczy. Szatan planuje zniszczyć twoją miłość do Chrystusa. Bóg dąży do jej pogłębienia. Rak nie zwycięża, jeśli umrzesz. Zwycięża, jeśli odchodzisz od Chrystusa. Planem Boga jest odstawienie cię od piersi tego świata i karmienie cię wystarczalnością Chrystusa. Twój rak jest zaplanowany po to, aby pomóc ci powiedzieć i poczuć: „wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana”. A wiedząc to, powiedzieć: „Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk” (List do Filipian 3,8; 1,21).

6. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI ZA DUŻO CZASU POŚWIĘCISZ NA CZYTANIE O RAKU, A NIEWIELE CZASU NA CZYTANIE O BOGU.

Wiedza na temat raka nie jest zła. Ignorancja nie stanowi cnoty. Ale pokusa zbierania coraz więcej i więcej informacji w porównaniu z brakiem zapału, aby poznać Boga może być symptomem niewiary. Rak ma nas obudzić i otworzyć na rzeczywistość Boga. Ma na celu nadać znaczenie i moc poleceniu: „Poznajmy, dążmy do poznania PANA” (Ozeasza 6,3, wyróżnienie autora). Ma na celu obudzić nas, abyśmy z głębi serca przyjęli prawdę słów z Księgi Daniela 11,32: „… ludzie, którzy znają swego Boga, wytrwają i będą działali”. Ma na celu uczynić z nas niezniszczalne, niewzruszone dęby: „…nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą. Jest on jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc w swoim czasie, a liście jego nie więdną; co uczyni, pomyślnie wypada” (Psalm 1,2-3). Jakie byłoby to marnotrawstwo raka, jeśli dzień i noc czytalibyśmy o raku, a nie o Bogu.

7. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI POZWOLISZ, ABY ODIZOLOWAŁ CIĘ OD LUDZI ZAMIAST POGŁĘBIĆ TWOJE WIĘZI Z NIMI I TWOJĄ MIŁOŚĆ DO NICH.

Kiedy Epafrodyt przywiózł dary dla apostoła Pawła od kościoła w Filippi, zachorował i był bliski śmierci. Paweł mówi do Filipian: „gdyż bardzo tęsknił za wami wszystkimi i dręczył się tym, że usłyszeliście o jego chorobie. Rzeczywiście bowiem zachorował, tak iż był bliski śmierci. Ale Bóg się nad nim zmiłował; nie tylko zresztą nad nim, lecz i nade mną, bym nie doznał smutku jednego po drugim” (List do Filipian 2,26-27).

Jaka zadziwiąjaca reakcja! Nie ma tu mowy o tym, że się smucili z powodu jego choroby, ale o tym, że on się smucił, ponieważ słyszeli, że zachorował. Do stworzenia takiego właśnie serca - głęboko kochającego, dbającego o ludzi - dąży Bóg przy pomocy raka. Nie marnuj swojego raka przez unikanie ludzi i chowanie się w sobie.

8. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ SIĘ SMUCIŁ JAK CI, KTÓRZY NIE MAJĄ NADZIEI.

Paweł użył tego wyrażenia w odniesieniu do tych, których bliscy zmarli: „Nie chcemy, bracia, byście trwali w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 List do Tesaloniczan 4,13). Śmierć niesie smutek. Nawet dla wierzącego, który umiera, jest przejściową stratą - stratą ciała, utratą bliskich osób i utratą ziemskiej służby. Ale ten smutek jest inny, napełniony nadzieją. „Mamy jednak nadzieję ... i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana” (2 List do Koryntian 5,8). Nie zmarnuj swojego raka smucąc się jak ci, którzy nie mają tej nadziei.

9. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI BĘDZIESZ TRAKTOWAĆ GRZECH TAK LEKKO JAK PRZEDTEM.

Czy twoje „chroniczne” grzechy są nadal tak samo atrakcyjne jak zanim zachorowałeś na raka? Jeśli tak, marnujesz swojego raka. Rak jest zaplanowany po to, by zniszczyć apetyt na grzech.

Pycha, chciwość, pożądliwość, nienawiść, brak przebaczenia, niecierpliwość, lenistwo, odkładanie obowiązków - to wszyscy wrogowie, których rak ma zaatakować. Nie myśl tylko o walce Z rakiem. Myśl także o walce RAZEM z rakiem. Te wszystkie rzeczy są gorszymi wrogami niż rak. Nie zmarnuj mocy raka, aby unicestwić tych przeciwników. Niech poczucie wieczności sprawi, że grzechy kiedyś popełnione będą się wydawać tak bezwartościowe, jakimi naprawdę są: „Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Ewangelia wg św. Łukasza 9,25).

10. ZMARNUJESZ SWOJEGO RAKA, JEŚLI NIE UŻYJESZ GO JAKO ŚWIADECTWA PRAWDZIE I DLA CHWAŁY CHRYSTUSA.

Chrześcijanie nigdy nie znajdują się gdzieś przez przypadek. Są przyczyny, dla których jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Weź pod uwagę to, co Jezus powiedział o bolesnych, niezaplanowanych okolicznościach: „Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa” (Ewangelia wg św. Łukasza 21,12-13). Tak jest z rakiem. Będzie on okazją do złożenia świadectwa. Chrystus jest tego nieskończenie godzien. Oto przed tobą wspaniała okazja, aby pokazać, że jest On wart więcej niż życie. Nie zmarnuj jej.

Pamiętaj, że nie jesteś sam. Otrzymasz pomoc, której potrzebujesz. „ A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę” (List do Filipian 4,19).

John Piper, “Don’t Waste Your Cancer”, tłumaczenie Małgorzata Stiff za zgodą www.desiringgod.org

Dodatkowe źródła w języku angielskim dla osób chorych na raka: www.prayingthroughcancer.com oraz www.thejourneyhomebook.com

Powyższa historia jest dostępna w formie broszury na spotkaniach FORUM KOBIET lub bezpośrednio u Jagody Markiewicz tel. 0-22 737 10 95 lub 501 137 289