Pozornie sobie radziłam – Maria

Pochodzę z religijnej rodziny. Wiedza, którą zdobywałam od dziecka i emocje przeżywane w moim sercu uczyniły ze mnie osobę chcącą podobać się Bogu.

Moja wiara i postrzeganie religii niewątpliwie wiązały się z przeżywaniem świąt, które w mojej rodzinie miały zawsze bardzo tradycyjny charakter. Boże Narodzenie to był czas spotkań rodzinnych, wspólnego śpiewania kolęd i przeżywania przyjścia na świat bezbronnego dzieciątka Jezus. Potem była Wielkanoc i emocje jeszcze większe – Jezus umiera na krzyżu… za nas, za mnie także… rodzi się poczucie winy, że znowu zawiodłam… postanawiam poprawę. Ale z realizacja postanowień bywa różnie.

Gdy mijały święta cały czas starałam się zasłużyć na przychylność Boga. Stworzyłam sobie w głowie porządek, szufladki – w jednej Bóg, w drugiej moje życie, w następnej praca, w kolejnej dom… a dookoła rozmaite pokusy.

Od zawsze byłam i jestem nadal osobą towarzyską. Jako nastolatka nie stroniłam od wchodzenia w różne, często niebezpieczne relacje i sytuacje. Przecież dopiero poznawałam świat … Dość szybko zostałam żoną i matką. Po omacku szukałam spełnienia i szczęścia. Myślałam, że szczęście to wykradane życiu chwile, czasem tak nieuchwytne i niedające się zatrzymać na dłużej. Przyszły rozczarowania – ludźmi, pracą, mężem, przyjaciółmi, sobą. Bardzo chciałam być kochaną i kochać, nie kraść szczęścia, by potem płakać z żalu w poduszkę. Pragnęłam mieć szczęście w sercu, by nie czuć się zależną od kaprysu czy opinii innych ludzi i zdarzeń. Męczyła mnie gra pozorów i codzienne nakładanie masek. Czułam, że moje małżeństwo jest pozorne – oboje byliśmy egoistami walczącymi o pozycję i racje, pozornie też radziłam sobie z dziećmi – ale przeszkadzały mi w „moim” życiu, a tak starałam się być dobrą matką. To powodowało mój krzyk, złość, bunt i na końcu poczucie winy.

Pozornie też radziłam sobie w handlu, mojej pracy. Sądziłam, że im więcej zataję, skłamię fiskusowi i w dokumentach dla ZUS-u – tym więcej zostanie dla mnie. Przecież „wszyscy tak robili” – ale czy to znaczyło, że ja też muszę? Stąd kolejna frustracja, bałam się, że kontrola wykaże moje oszustwo, że wpadnę…

Z powodu tych wszystkich pozorów nosiłam w sercu poczucie winy, strach, niezadowolenie, przerażająca pustkę, z drugiej zaś strony stałam w kościele blisko ołtarza z nabożna miną i postawą. Coraz częściej jednak dochodziłam do wniosku, że takie życie jest pozbawione sensu, pozory przestały mi wystarczać…Poczułam tęsknotę za czymś, co jest prawdziwe, za czymś, co wydawało mi się być i nie być – zaczęłam wołać do Boga: „Boże, jeśli jesteś, daj mi się poznać!” Stało się to około ośmiu lat po ślubie.

Bóg odpowiedział na moje wołanie, usłyszałam coś, co zmieniło moje myślenie o Nim samym i o moim dotychczasowym życiu. Krótko po tym wydarzeniu uczestniczyłam w spotkaniu, na którym usłyszałam podane w prostych słowach biblijne prawdy. Całość była logiczna, a ostatni punkt pozostawiał wybór. Po krótkim namyśle zrozumiałam, że tego właśnie potrzebuję. Dotarło do mnie wyraźnie, że On po to właśnie się urodził w Betlejem i umarł na krzyżu, aby wyzwolić mnie z poczucia winy, wstydu, smutku, beznadziei, lęku, frustracji… A teraz czeka na moją decyzję. Czy chcę go nazwać Panem i Zbawicielem.

Zrozumiałam, że muszę sama podjąć decyzję, czy Jezus Chrystus ma kierować moim życiem. I podjęłam ją. Było to przełomowe i jak dotąd najważniejsze wydarzenie mojego życia.

To, co odczułam natychmiast, to spokój wypełniający moje serce. Nareszcie poczułam się bezpieczna. Pojawił się też wewnętrzny głód Słowa Bożego. Przedtem czytałam Biblię, ale rozumiałam ją tylko literalnie, teraz dopiero przyszło rozumienie Jej w pełni. Lektura Pisma Świętego stała się moja pasją. Różne wydarzenia sprawiały, że czułam obecność Boga. Krok po kroku uczyłam się ufania Mu, pewności, że stale jest w moim życiu, że nic nie wymknie się spod Jego kontroli, że nie ma już przypadków.

Rozpoczęłam życie w Prawdzie – to uratowała moje małżeństwo, bo nie wiem, czy nie skończyłoby się rozwodem. Nauczyłam się, że w Bożej matematyce małżeństwo to 1 + 1 = 1, a Biblia to najlepszy przewodnik po życiu. Przedtem sądziłam, że mój mąż musi się zmienić, żebym ja była szczęśliwa, a okazało się, że Bóg pracuje nad moim sercem i zmienia mnie!

Widzę teraz, jak ogromny wpływ mam na moją rodzinę. Zrozumiałam, że zawsze mamy wpływ. Pytanie tylko jaki? To już zależy od tego jacy jesteśmy. Nic od razu nie jest idealne- wiem jednak jaki jest cel mojego życia i w drodze ku niemu nie jestem sama. Jest to cudowne uczucie!

Każdy w naszej rodzinie może czuć się bezpiecznie. Zaczęłam rozumnie poświęcać czas dzieciom i z nimi rozmawiać. Do tej pory stanowimy zgrany zespół. Bóg pokazał mi, że można żyć w prawdzie i uczciwie prowadzić interesy. Zajmuję się handlem już prawie 30 lat, ale pamiętam dobrze moment, kiedy oddałam Stwórcy firmę, którą prowadzę. Oddałam Mu coś, co było Jego, a ja uprawiałam do tej pory samowolkę. Przestałam oszukiwać w sprawie podatków, nie podpisuję fałszywych faktur, nie biorę towaru bez faktury, nie daje łapówek. Wiem, ze On chętnie taką pracę błogosławi. Na początku zatrudnialiśmy 2 osoby, w najlepszym okresie mieliśmy ponad 30 pracowników. Dzięki Niemu zaspokajam mój głód duchowy i materialny. W końcu przyszedł czas na dzielenie się tym z innymi.

Wiem, że moje bezpieczeństwo nie zależy od kryzysów finansowych na świecie, wielkości firmy czy jej obrotów, od rządu, kaprysów ludzi.

Moje bezpieczeństwo jest w Bogu. To do Niego zwracam się, gdy mam problemy, do jego mądrości odwołuję się, by znaleźć ich rozwiązanie. On nigdy mnie nie opuści – obiecał w Swoim Słowie wiele razy.

Nie bój się zaprosić Boga do swego życia. On cię kocha i nic Go nie zaskoczy, umarł przecież za każdy grzech i chce, byś świadomie otworzył drzwi swego serca. On zmieni twoje życie tak, jak zmienił moje tylko… musisz chcieć.

Maria Nadolna