To czego najbardziej szukałam – Teresa

Moi Rodzice byli ludźmi wierzącymi, wierni w modlitwie, bogobojni.

Rosłam więc od samego początku w przekonaniu, że Bóg istnieje, że jest Stwórcą świata, że nas ludzi kocha, że posłał Swego Syna, aby zapłacił za nasze grzechy, abyśmy mogli być z nim w niebie. Z drugiej strony dążyłam do zdobycia zbawienia poprzez wypełnienie przykazań – a to budziło rozczarowania.

Pytania: czy to jest prawda?, jaki jest sens tego wszystkiego ? zadawałam sobie patrząc na:

- śmierć mojego kolegi w wieku 7 lat - było to dla mnie wstrząsające przeżycie: groza, rozpacz, pytanie: dlaczego?

- w czasie przygotowań do I Komunii zadałam księdzu katechecie pytanie: A co się dzieje z ludźmi, którzy nigdy nie słyszeli o Bogu, o Jezusie?. Odpowiedział mi: „Nie martw się, zostaw to Panu Bogu”.

Jednak pytania dotyczące sensu życia człowieka, sensu mojego życia powracały. Chodziłam do Kościoła, przyjmowałam sakramenty i cały czas miałam poczucie, że czegoś mi brak, powracało pytanie o warunki zbawienia.

W sytuacjach trudnych, beznadziejnych modliłam się żarliwie do Boga, wylewałam mój ból. Te najcięższe to: związane z narodzinami mojego czwartego dziecka oraz z uzdrowieniem relacji z moją starszą córką.

Bóg mnie wysłuchał. Wiem, że to absolutnie Jego dzieło. Moja była tylko modlitwa.

Dzisiaj wiem, że działałam intuicyjnie, bez świadomego oparcia w Słowie Bożym.

I dlatego, że nie potrafiłam żyć w oparciu o Słowo Boże, podejmowałam jednocześnie zwykłe ludzkie wysiłki, by opierając się na własnych siłach, rozwiązywać problemy dnia codziennego, by zmieniać w sobie to, co uważałam, że jest niedobre, swoje postawy, myślenie. Rodziło to frustracje, że jest to takie trudne – a właściwie, że jest to chyba niemożliwe, że stale wracam do punktu wyjścia, że nie ma żadnych prawdziwych zmian. Towarzyszyło temu poczucie rozczarowania życiem, jego banalnością a z drugiej strony okrucieństwem.

Nad wszystkim dominował strach, że znajdę się w piekle, bowiem widziałam swoją grzeszność i miałam przekonanie, że jeśli umrę bez wyznania grzechu, to całe życie na nic. I jednocześnie wydawało mi się, że to jest absurd.

W trakcie mojego życia Bóg stawiał na mojej drodze ludzi, którzy pomagali mi w poznaniu, kim jest mój Stwórca i mój Zbawiciel.

W przeddzień naszego ślubu, nasz przyjaciel ksiądz podarował nam Biblię Tysiąclecia mówiąc: „Uklęknijcie i przysięgnijcie, że będziecie ją codziennie czytać”.

Nie dotrzymaliśmy tej przysięgi. (było to w 1973 roku)

W 1995 roku w czasie spowiedzi, spowiednik zapytał czy mam w domu Biblię, odparłam lekko obruszona, że tak, a czy czytasz? - tu był tylko wstyd. Ale oprócz wstydu, było to też przypomnienie nie wypełnianej przysięgi.

Miałam znaleźć i przeczytać 5 Psalmów wielbiących Boga. Szło mi to bardzo trudno, opornie, z mozołem. Jednocześnie sumienie gnębiło mnie, upominało, że muszę z tym coś zrobić.

W tym czasie moja przyjaciółka, osoba niewierząca, nawróciła się. Zaczęła uczęszczać na spotkania w grupach biblijnych, przyjęła Chrzest. Zaczęłam dostrzegać zmiany w jej życiu.

Zaprosiła mnie na spotkanie, na którym usłyszałam modlitwę „Panie Jezu, potrzebuję Cię. Uznaję swoją grzeszność. Otwieram Ci drzwi mojego życia i przyjmuję Cię, jako swego Zbawiciela i Pana. Dziękuję Ci, że przebaczyłeś moje grzechy umierając za mnie na krzyżu. Proszę o Twoje kierownictwo w moim życiu. Uczyń mnie taką, jaką mnie pragniesz.”

I od razu pomyślałam: ja tego pragnę! Powtórzyłam słowa modlitwy.

I wtedy, a może krótko po tym wydarzeniu zrozumiałam, że to czego cały czas odczuwałam brak, to był brak mojej osobistej więzi z Chrystusem, że tego szukałam przez całe życie i że niczego bardziej nie pragnę, niż właśnie tej relacji. Zrozumiałam, że Zbawienie otrzymuje się z łaski przez wiarę i poprzez osobiste wyznanie Chrystusowi, że uznaję Go za mojego jedynego Pana i Zbawiciela, że On jest drogą do Ojca.

Od tej chwili myślę, że jestem osobą świadomie wierzącą. Wiem, że Bóg mocno trzyma mnie w swojej ręce i nigdy mnie nie wypuści. Jestem jego dzieckiem na całą wieczność.

Czytam i rozumiem Pismo Święte, widzę jasno, jak Bóg mnie do siebie prowadził, jak teraz działa w moim życiu, jak mnie zmienia od środka, jak wychowuje - przez różne, owszem nawet ciężkie doświadczenia, by mnie przygotować do wykonania zadań, które dla mnie zaplanował, a ja to przyjmuję z wdzięcznością, ponieważ nie znajduję niczego lepszego pod słońcem, niż wypełnianie woli Bożej. Wszystko nabrało sensu i smaku. Wiem, że żyję po to, aby oddać Mu chwałę i czerpię z tego prawdziwą radość i pokój.

Te kilka lat, to czas fundamentalnych zmian w moim życiu duchowym, w mojej świadomości w moich relacjach z Bogiem i z ludźmi. Nie stało się to w mgnieniu oka, ale jest to proces, który widzę, że ma swoją wewnętrzną logikę. Zniknęły „powroty do punku wyjścia”, które wcześniej były moja zmorą. Pierwszą zmianą, która odczułam, to ustąpienie strachu, co do mojej przyszłości.

W chwili obecnej znajduję się w trudnej sytuacji życiowej, ale wiem, że mój Bóg Ojciec „współdziała we wszystkim ku dobru z tymi, którzy Go miłują”, że nic nie jest dziełem przypadku, że jego pragnieniem jest, abym Mu ufała i powierzała swoje troski w modlitwie. I tak czynię.

Świadczyć o Bogu może ten, kto w sobie, w swoim życiu doświadczył Boga. I świadczyć może w tym zakresie, w którym Boga doświadczył.

Na swoim przykładzie mogę śmiało powiedzieć, że to Bóg ukochał mnie wcześniej, niż ja Jego, wtedy gdy miotałam się w rozpaczy i w swojej grzeszności, i że to On wołał mnie do siebie tak wiele, wiele razy, aż odpowiedziałam: tak Panie.

Teresa